sobota, 18 11, 2017

5-8 stycznia 2017 - Szczecin & Karkonosze & Łódź

     Minęły święta, minęła Odessa, udany rok 2016 zamknąłem tak samo jak 2014 w podlubelskim Rudniku u Rafała, który zawsze jeździ ze mną na południe (Bratysława 2015, Budapeszt 2016). Sylwester minął bardzo przyjemnie, jednak tym razem nie jechałem od razu w podróż jak rok temu i dwa lata temu. Teraz, kiedy tak rzadko jestem w Lublinie, chciałem pobyć w domu tak długo jak było to możliwe, czyli do czwartku 5 stycznia. Tamtego dnia wieczorem zacząłem premierowy objazd w nowym dwa tysiące siedemnastym. Cel - Kowary i okolice.

 

6.01.2017 - Szczecin

IMG 0673    Na pierwszy ogień poszedł jednak Szczecin. Spakowałem się w wielką walizę, pożegnałem dom i pojechałem na dworzec. Stamtąd odjazd do Warszawy, przesiadka na wschodniej, długa noc przesiedziana na telefonie i w piątek Trzech Króli chwilę po szóstej wysiadam w bajkowym zimowym Szczecinie. Co ja tu robię? Jasnego celu nie było, ale skoro mam czas, mam bilet weekendowy, to czemu sobie nie odmówić wizyty na krańcu Polski. Najpierw tramwaj trójka, nie na Las Vegas, nie na Las Palmas, tylko na Las Arkoński. Tam przerwa i z przesiadką przejechałem nową linią na drugi koniec miasta - Os. Słoneczne. Odwiedziłem Zdroje i Mączną, morenki jednak nie udało mi się namierzyć. Wróciłem do centrum i na szybkiego kebaba zaszedłem tam gdzie z Luidorem podczas majówki 2015 - Mak Kwak przy Kościuszki. Dałem chyba 13zł za średniego, ale jeśli to co dostałem było w rozmiarze średnim, to ja jestem Haile Selassie. Nie udało mi się zjeść tego bydlaka nawet w połowie, praktycznie samo mięso, no nie zmieściłem. Polecam naprawdę głodnym. Wybiła równo dziesiąta z minutami, jadę na dworzec i o 11:20 odjeżdżam do Sopotu. Szczecin zaliczony. Spać.

Zdjęcia ze Szczecina - 7 I 2017 


     Budzę się gdzieś na początku Trójmiasta i wysiadam o 16:00 w Sopocie. Odstawiam w końcu walizę z Lublina o wymiarach szafy i idę odpocząć. Potem jakaś kolacja, spacer na molo i o 22:00 w końcu zaczynam właściwy cel całego tego wyjazdu - sobotnie Karkonosze. Trafiłem na pusty przedział, wiec mogłem sobie poczytać w pozycji horyzontalnej o miastach europejskich na egzamin z historii urbanistyki. W nocy w Poznaniu ludzi przybyło, we Wrocławiu ubyło, a ja zaczynam ten piękny dzień wysiadką na najbardziej zakrzywionym peronie w Polsce, czyli w Świebodzicach, jest siódma rano. Termometr pokazuje -16C.

 

7.01.2017 - Dolny Śląsk

"Kehr' ich einst zur Heimat wieder!
Früh am Morgen wenn die Sonn' auf geht"

     Jak te słowa Schlesierlied dziś pasują. Może i Dolny Śląsk nie jest moim fizycznym heimatem, ale mentalnym na pewno. Nie ma takiego drugiego miejsca, w którym czułbym zwyczajną beztroskę w momencie przyjazdu (no dobra, może Lwów?).  O ile wizyta w Szczecinie była na pałę, to dziś wszystko jest ułożone jak w zegarku. Najpierw do 8-9 zwiedzam Świebodzice, w których jeszcze nie było mi dane być. Przy okazji rozejrzę się za miejscowymi biletami, kupię też rękawiczki i bateryjkę do aparatu, bo podczas wyjazdu do Odessy rozładowała się 'pastylka' odpowiedzialna za datę i godzinę, wszystkie zdjęcia robił mi teraz na 00:00 01.01.1980. Potem przejście pieszo ze Świebodzic na wałbrzyski Zamek Książ, kilka kilometrów przez Książański Park Krajobrazowy. Od trzech lat wyznaję zasadę 'Książ once a year is not a pleasure. It's a duty.' W Wałbrzychu autobus do centrum, potem muszę się dostać do Kamiennej Góry, gdzie spotkam się z dobrym człowiekiem, który podrzuci mnie samochodem do Ogorzelca. Tam będzie gwóźdź programu - nieczynny tunel kolejowy Ogorzelec-Kowary o długości 1025m. Potem wizyta w Kowarach, bus do Jeleniej Góry i wieczorna kolacja na jednym z piękniejszych rynków w Polsce.
IMG 0700     Tak za chwilę będzie. Za chwilę, bo teraz stoję pod świebodzkim dworcem i palec po palcu zamarzam. W drogę. Najpierw zmierzam do sklepu, kupuję na śniadanie bułeczki i coś do picia, ogrzewam się w środku i idę do Media Expert po baterię, niestety takiej nie ma. Obok w Pepco zachodzę po rękawiczki, są, ale dwie lewe. Jedynie na biletach się nie zawiodłem, udało mi się znaleźć kilka sztuk po 1,00zł i 1,20zł. Jest tak zimno, że nie widać końca ulicy na horyzoncie, jakby powietrze zamarzło. Idę więc szybko na rynek i muszę przyznać, że jak na miasto o którym mało kto coś wie, to wygląda bardzo ładnie. Stare Miasto udokumentowane, lecę teraz marszem na Zamek Książ. Mijam rzekę Pełcznicę, ul. Ofiar Oświęcimskich, wchodzę w Spacerową i jestem sam na sam z naturą. Pod butami głośno skrzypi śnieg, śpiewają ptaki, na polanie w dali pasą się konie, a przede mną pokazuje się książański zamek. To jest to.
     Autobus 8 do centrum, stoję na Sikorskiego i czekam na cokolwiek w stronę Kamiennej Góry. Mirkowi czekającemu na mnie w Kamiennej na bieżąco relacjonuję zmiany położenia i dopytuję się o wskazówki dojazdu, bo zamiast busa podjeżdża wałbrzyska linia 2 do Boguszowa-Gorc. Jadę nią aż do B.-G.-Zachód i wysiadam przy ul. Traugutta. Co dalej? Rozkładu brak.
-Przepraszam, państwo tez czekają na coś do Kamiennej?
-No - odpowiada Sebastian i przestępując z nogi na nogę zaciąga się czerwonym chesterfieldem.
-A o której będzie najbliższy?
-A ja wiem? Daje parę buchów swojej dziewczynie, spluwa na ziemię i mrużąc oczy patrzy w dal. -Pewnie zara.
Bus przyjeżdża kilka minut później. Kierowca kasuje 5zł i dowozi mnie do centrum Kamiennej Góry. Jest 12:30, zachodzę do sklepu po zapiekankę, ogrzewam się, na rynku na poczcie u pomocnej pani kupuję płaską bateryjkę do aparatu i o 13:00 dostaję telefon. Transport już czeka. Chwilę rozmawiamy w samochodzie, Mirek opowiada mi o tunelu, dzwoni do znajomego po wskazówki, bo jeden z nich kiedyś tamtędy szedł. Mówił, że dało się przejść, było to jednak latem, a teraz mamy -15C. Podsumowując, każdy życzył mi szczęścia. Ogorzelec, dzięki, wysiadam.
IMG 0797     Schodzę z przystanku PKSu stromą ulicą w dół, w kierunku domów. Mijam parę poniemieckich chatynek i widzę tory, od których dzieli mnie rozległe pole pełne nietkniętego śniegu, gdzieś tak ze 30cm. Zero śladów, zero ścieżek. Iść? Biorę swój prawie pusty plecak, rzucam na śnieg, staję na plecaku, cofam się, podnoszę plecak, wracam w wyrobione wgłębienie i powtarzam proces. Trochę mi to zajmuje, więc po trzech powtórzeniach rezygnuję, nie zamierzam tu spędzić całego dnia. Zakładam plecak, nawijam nogawki maksymalnie na buty i pruję przed siebie przez zaspy. Idę tak z pięć minut, pod butami wyczuwam metalowe szyny, idę dalej i widzę wrota Morii. Stoję przed wjazdem do tunelu, którego końca nie widać. Jak tam buty? W środku suche jak pieprz. Było tak zimno, że śnieg się nie chciał topić, wiec wystarczyło go strzepnąć chusteczką jak piasek. Ja za to zimna nie czułem, bo właśnie uświadomiłem sobie, że stoję sam na sam z kilometrowym tunelem nieczynnym od trzydziestu lat, a telefon właśnie się rozładował. Jeśli coś będzie się czaić w środku, albo coś się nagle stanie, nie mam jak zadzwonić, wołania o pomoc też nikt nie usłyszy. Za to jedyne co ja słyszę, to regularny plusk kropel spadających do wielkiej zamarzającej kałuży. Wszędzie przy wejściu widać rozległe lodowe bajoro po same szyny, dobrze że jestem tu zimą, latem potrzebowałbym kaloszy. Wchodzę.
     Towarzyszą mi tylko krople. Głucha cisza, echo kopanych kamieni i krople. Im głębiej, tym robi się coraz ciemniej. Odwracam się w kierunku wejścia i pod światłem widzę dziesiątki sopli wielkości ludzkiej ręki zwisających sobie leniwie, czekających aż się pod nimi znajdę. Plusk się nasila, kilka minut chodu w ciemnościach w przód i po lewej słyszę już intensywny strumień wody tryskający ze ściany. Lodowy wodospad. Po chwili, akurat kiedy robiłem zdjęcie, metr na prawo obok mnie spadła jedna z tych lodowych rąk i roztrzaskała się na kawałki.  Przeszedłem juz chyba połowę, bo widać wyjście. Tak, prawdziwe światełko w tunelu. Ucieszyłem się wtedy jak nigdy, ale emocje potrafią być skrajne i po chwili nogi mi zadrżały ze strachu. Na tle okrągłego światełka zobaczyłem duży czarny punkt. Nie jestem sam. Cokolwiek to było, było to coś żywego. Krzyknąłem coś w kierunku tego stworzenia, odpowiedziało ciszą, czyli to nie był człowiek. Otwieram nóż w kieszeni i powoli idę do przodu. Zanim zobaczyłem to coś wyraźnie, stworzenie zaczęło uciekać, machnęło mi tylko kitą i znikło. To tylko lis... Jestem już po drugiej stronie, żywy. Tunel zdobyty. 

 

     Chwila odpoczynku. Nawet nie dla nóg, ale dla umysłu, bo dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie ile ryzykowałem. Znów przedzieram się przez dzikie zaspy, w dali widzę domek i ulicę. W końcu cywilizacja. Udaje mi się dojść do przystanku PKS Kowary Górne, czeka tam jakaś dziewczyna, chyba lekko spowolniona, bo zamiast mówić to krzyczy i cały czas głośno powtarza do siebie jejuuuu, kiedy bendzie ten autobuuus, jejuuuu. Jest 15:30, autobus powinien być 15:35 i 15:59. Stoję tam z nią pół godziny, nic się nie pojawia, o 16:00 startuję na piechotę kolejne 5km do centrum Kowar. Jejuuuu.
IMG 0839     Dom, domek, kościół, kościółek, po niecałej godzinie jestem w centrum całkiem ładnego miasteczka i o zmierzchu siadam na przystanku. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem czegoś jak wyłączenie - jedyne co wiedziałem, to że siedziałem na ławce obok kowarskiego dworca, czekałem na autobus i było już ciemno. O niczym innym nie miałem pojęcia. Nie spałem, oczy miałem otwarte, ale nie czułem zupełnie zmęczenia, upływu czasu, nie myślałem o niczym. Miałem w głowie pustkę. Ludzie przechodzili obok mnie, niektórzy siadali, niektórzy patrzyli na zegarek, a ja nawet nie ruszałem głową. Nie, nie ćpałem niczego. Może to nadmiar przygód na raz? Coś mi świta. To tył mojego busa do Jeleniej. Biorę plecak, płacę za bilet, siadam i jadę. Jak gdyby nigdy nic. Śmieszne.
     W autobusie jeszcze chwilę pospałem i o 18:00 wysiadłem w Jeleniej Górze. Podłączyłem się do prądu, dałem znaki życia zainteresowanym i poszedłem na ciemno-złoty rynek. Tym razem wybrałem Sofa Beer&Burger, za 18,-zł dostałem przyzwoitego burgera z frytkami, podjadłem, posiedziałem i wróciłem na dworzec, skąd o 20:30 odjechałem do Warszawy.

Zdjęcia z Dolnego Śląska - 7 I 2017

 

 

8 I 2017 - Łódź

IMG 0851    Łódź, tak jak Szczecin, była na doklejkę. Wysiadłem o 9:00 na nowym dworcu Łódź Fabryczna, zrobiłem objazd po mieście śladami wielkiego rapera (Wschodnia, Mineralna), zjadłem coś w manufakturze i zrobiłem sobie zakupy na najbliższy tydzień, z którymi jechałem już prosto do Sopotu. Byłem pewien, że po przyjeździe wieczorem na miejsce nie będzie mi się chciało wychodzić. I nie wyszedłem. Poszedłem smacznie spać z myślą, że rok 2017 przywitałem w przyzwoity sposób.

Zdjęcia z Łodzi - 8 I 2017