sobota, 18 11, 2017

12-15 września 2016 - Oświęcim & Budapeszt

         Warto wspomnieć o jeszcze jednym wyjeździe, który miał miejsce podczas ubiegłych wakacji. Kończyłem we wrześniu swoją wakacyjną pracę w Lublinie, zostało mi trochę geldu, więc któregoś wieczoru przejrzałem stronę Polskiego Busa szukając biletów w dobrej cenie, ale nie wiedziałem jeszcze dokąd chcę pojechać. Wahałem się między Pragą, Wiedniem a Budapesztem, ale ostatecznie padło na ten ostatni, bo jak dotąd nie byłem jeszcze na Węgrzech. Dodałem też do planu wizytę w Oświęcimiu, którego też jeszcze nie było dane mi odwiedzić. Taki ze mnie historyk jidyszysta a nie byłem jeszcze w takim miejscu, czas najwyższy.

Plan przedstawiał się tak:
12 września (pn) - wyjazd pociągiem do Krakowa, przyjazd o 10, odjazd do Oświęcimia, o 13 wejście do Auschwitz-Birkenau, potem obiad, o 18 powrót do Krakowa, skąd o 22:50 odjeżdżaliśmy do Budapesztu
13 września (wt) - wysiadka o 6 rano na dworcu Kelenföld i cały dzień na Budapeszt, jeszcze bez planu, nocleg
14 września (śr) - powtórka ze środy, wieczorem o 23:50 odjazd do Polski
15 września (cz) - 6:30 w Krakowie, 8:10 do Rzeszowa i po godzinie czekania na pociąg odjazd do Lublina.

Na ten wyjazd zabrał się ze mną Rafał, ten sam, który był ze mną na Słowacji rok temu, kiedy nie udało nam się zdobyć biletów na cały kraj i musieliśmy siedzieć w Bratysławie i na Śląsku.

 

         Ten opis będzie trochę inny od pozostałych, zamiast na opisywaniu wrażeń i przygód, skupię się głównie na opisywaniu miejsc, które warto odwiedzić, w których warto zjeść, co warto wiedzieć,  Wynika to z tego, że jechałem tam w celach wypoczynkowych, więc nie myślałem za bardzo o tym, co będę potem pisał. Dodatkowo z powodu studiów miałem długą przerwę w aktualizowaniu strony, przez co opis podróży z września powstaje dopiero w połowie grudnia, wielu rzeczy mogę już nie pamiętać.  Będzie też mniej zdjęć, bo już w Oświęcimiu rozładowały mi się akumulatory w aparacie, a kupione w sklepie paluszki nie wytrzymały nawet godziny. Galeria jest przez to okrojona i połączona ze zdjęciami z telefonu. Mimo wszystko - jak to mówi Jan Paweł Tanajno - podróż odbyta, więc warto coś o tym napisać.

 

Prolog - 11 września 

20160912 003742xd     O 22:20 skończyłem swój ostatni dzień wakacyjnej pracy w najlepszej lodziarnio-kawiarni w województwie (kto ma wiedzieć ten hehe wie), pożegnałem się z ludźmi, z którymi spędziłem łącznie dwa miesiące i kierowałem się prosto do domu, żeby spakować się na jutrzejszy wyjazd do Budapesztu o 6 rano. Nawet nie zszedłem jeszcze z lubelskiego deptaka, kiedy dostałem telefon od Jana, który był ze mną we Lwowie w maju 2016. Zaproponował mi spontaniczne obalenie hetmanatu gdzieś u wspólnych znajomych na Czechowie, u których właśnie siedział. Okazało się, że jest tam kilka osób, których nie widziałem jeszcze od podstawówki, więc długo nie kalkulowałem. Wróciłem do domu, odstawiłem rzeczy, przebrałem się i przed północą wylądowałem na zakrapianym grillu. Dużo nie będę pisał, powiem tylko, że to było jedno ze spotkań, które będę pamiętał najlepiej, szczególnie dzięki Janowi Filozofowi i wspólnych rozkminach o trzeciej w nocy patrząc się mętnym wzrokiem w ognisko. No, ale ja zaraz odjeżdżam do Dudapesztu! Wspólnie opuściliśmy dom gospodarza i wróciliśmy na piechotę do centrum, pożegnałem się na rozdrożu z Janem i wróciłem na 4 rano do domu. Umyłem się, spakowałem się, poleżałem chwilę i po 5. skoro świt wyszedłem z domu.

 

 

12 września - Oświęcim
         Ledwo zdążyłem na pociąg, bo z trolejbusu na Placu Bychawskim wysiadłem o 5:50, podbiegłem na dworzec czekać na Rafała, bo nie odbierał, a on o 5:57 dzwoni że już siedzi w pociągu. No to sprintem na najdziwniejszy lubelski peron 1A i zdążyłem jeszcze przed gwizdkiem. Odjazd. Byłem już trzeźwy, dużo zresztą nie wypiłem, potrafię sobie zbroję wyczuć, ale brak snu zrobił swoje i odcięło mi zasilanie. Obudziłem się dopiero przy mijaniu podkrakowskich Batowic i o 10:00 wysiedliśmy na dworcu. Na peronie spotkałem wychodzące z tego samego pociągu dwie koleżanki z pracy, którą wczoraj wieczorem skończyłem - Iwonę i Karolinę, jechały do Zakopanego. Ale zdziwko xD  Około jedenastej odjechaliśmy regionalnym do Oświęcimia. Dopiero teraz miałem okazję przejechać się trasą przez Trzebinię, która jest testem cierpliwości dla każdego pasażera - 70km w niecałe dwie godziny. W Oświęcimiu wysiadamy w upalnym słońcu, właśnie rozładował mi się aparat, więc kupiłem wspomniane baterie, ale one wytrzymały tylko kilka zdjęć i były do wyrzucenia. 
20160912 144743         Teraz parę wskazówek dla panujących wizytę - na terenie Oświęcimia leżą dwa obozy - KL Auschwitz I oraz KL Auschwitz II-Birkenau. Drugi obóz leży pod miastem (w Brzezince) i wstęp do niego jest darmowy. Jest to obóz z tą najbardziej rozpoznawalną bramą kolejową. Składa się on z setek baraków ułożonych rzędami po horyzont, w większości spalonych i zniszczonych, w zachowanych można oglądać prycze i standardowe urządzenie takiej jednostki. W głębi obozu jest pomnik pamięci oraz ślady po krematoriach. Ruch tu jest o każdej porze - co chwila mijaliśmy grupy turystów indywidualnych oraz zorganizowane grupy żydowskie (nie mówię tu o zelbszucu <historycznysuchar>). Byliśmy z plecakami, ale mimo że regulamin podobno nie zezwala na bagaże większe niż podręczny, to nikt nam nie zwrócił uwagi, inni ludzie też chodzili z plecakami. Na terenie tego obozu największe wywarły na mnie czarno-białe zdjęcia z początku Endlösung, na których widać dzieci na ramionach swoich matek, które dopiero co wysiadły z pociągu na terenie obozu. Dzieci rozglądają się dookoła z niewinną ciekawością, a dookoła stoją SS-mani. Kiedy pomyślałem, że mam brata w tym samym wieku, to poczułem, że chciałem już stamtąd wyjść. I wyszedłem. 
         Między obozami kursuje darmowy dla odwiedzających autobus, więc przejechaliśmy teraz przez Oświęcim do obozu Auschwitz-I, tego z napisem "Arbeit macht frei". O ile na teren Brzezinki można wejść za darmo i bez rezerwacji, to wstęp do Auschwitz-I jest płatny i wymaga wcześniejszego zajęcia miejsca. Przed wejściem zastaliśmy bardzo długą kolejkę, a że nie mieliśmy biletów, to przynajmniej pochodziliśmy chwilę wśród autokarów z najprawdziwszymi chasydami. 
          Na tym skończyło się nasze pierwsze spotkanie z obozami w Oświęcimiu. Byłem kiedyś w Sobiborze i na Majdanku, teraz zobaczyłem Auschwitz II-Birkenau, a na zwiedzenie pierwszego, głównego konzentrationslager będę musiał się lepiej przygotować logistycznie. Na obiad zaszliśmy do pizzerii przy ul. Obozowej, wzięliśmy największą z boczkiem na pół za jakieś 30zł i nie mogliśmy prawie wstać, była ogromna. Po obiedzie wizyta w sklepie po małe zakupy, prosto na dworzec, odebraliśmy bagaże z przechowalni (dworcowa przechowalnia w Oświęcimiu - 5zł od sztuki) i około 17 odjechaliśmy do Krakowa. Im bliżej Węgier, tym przyjemniej słuchało mi się tego utworu, polecam każdemu. W Krakowie szukaliśmy kantoru, żeby Rafał mógł sobie kupić forinty, bo nie zdążył w Lublinie. W Galerii Krakowskiej nie mieli nominałów niższych niż 20000 forintów, a w kantorach na Franciszkańskiej albo nie prowadzili kursu forinta, albo kantory były po prostu zamknięte. Kupi w Budapeszcie. Zasiedliśmy na piwo w Kompanii Kuflowej pod sukiennicami. Ledwo znaleźliśmy wolny stolik, ludzi mnóstwo, gwar, tłok, tak samo jak podczas wyjazdu na kremówki w maju. Kelner przyjął nasze małe zamówienie i zniknął. Nie ma go pięć minut, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, a to tylko dwa piwa. Pewnie dlatego. Może przy takim ruchu i dużych zamówieniach innych klientów uznał, że dwa piwa to żart? Nie wiem, wyszliśmy. Udało się na szczęście na placu Mały Rynek, gdzie w jednej z knajp zostaliśmy lepiej obsłużeni. Idziemy na dworzec, podjeżdża Polski Bus, wsiadamy i jazda dalej w nieznane.

 

13 września - Budapeszt cz.1

20160913 205822     Wysiadamy o szóstej rano, kiedy miasto dopiero się budzi. Pierwsza sprawa to toaleta, jest w budynku dworca autobusowego i kosztuje 150 forintów, opłatę uiszcza się u potężnego dziadka i papier bierze się przed wejściem do kabiny. Potem chcieliśmy kupić bilety, ale pani w kasie ani po niemiecku, ani po rosyjsku, ani po angielsku nie dała rady, automaty też odmawiały współpracy. Poszliśmy na stację metra do punktu obsługi klienta i tam kupiliśmy bilety dobowe - jeden kosztuje 1650,- forintów, czyli około 25,-zł. To dużo, dwa dni jeżdżenia metrem i już 50,-zł znika, ale po to przecież tu przyjechaliśmy. Linia metra M4  łącząca Kelenföld Vasutállomás z centrum miasta jest najnowszą linią w Budapeszcie. Nowoczesne, szybkie składy, błyszczące nowością stacje, wszędzie elektroniczne wyświetlacze, informacja pasażerska i tak dalej. Szczerze mówiąc metro w stolicy Węgier jest jednym z bardziej różnorodnych systemów, z jakich przyszło mi korzystać (jak dotąd Warszawa, Moskwa, Sankt-Petersburg, Berlin, Madryt, Kijów), a to dlatego, że każda linia ma inny charakter - linia M1 (żółta) to najstarsza linia metra w kontynentalnej Europie, otwarta w 1896 roku i biegnie niemal w całości pod ulicą Andrassy. Stacje metra są utrzymane w starym stylu, a z racji krótszych peronów linię obsługują krótsze wagony. M2 i M3 (czerwona i niebieska) to linie powstałe w latach siedemdziesiątych - proste stacje i stare, moskiewskie składy. Dopiero wspomniana zielona M4 to linia otwarta w 2014 roku i jest w całości nowoczesna.
         Wysiedliśmy na stacji Szent Gellert Ter, obok której znajduje się bardzo ładne skalne wzgórze oraz zabytkowy Most Wolności. Przyczailiśmy się trochę na kogoś młodego, żeby po angielsku wytłumaczył nam, gdzie najbliżej znajduje się jakakolwiek hala targowa, czyli miejsce polecane w każdym przewodniku kulinarnym po Budapeszcie. Można tam kupić wszystkie rodzaje papryk, przypraw, kiełbas, warzyw, owoców, ale przede wszystkim można spróbować węgierskich dań. Okazało się, że najsłynniejsza hala, czyli Fövám Ter, znajduje się tuż po drugiej stronie rzeki, wystarczy przejść przez Dunaj. Na śniadanie wzięliśmy po langoszu z serem za 700,- ft i nie mogliśmy zjeść do końca. Rafał zaproponował, żeby zamiast wyrzucać, można oddać to jakimś żebrakom, więc przeszliśmy się kawałek ulicą, minęliśmy na schodach jednej z kamienic parę bezdomnych i bez słowa położyliśmy im to jedzenie na gazetach. O ile facet nie wyraził żadnego entuzjazmu i nadal czekał na pieniądze, o tyle babka (swoją drogą przy kości) bardzo się ucieszyła i ręką dawała nam buziaki mówiąc köszi, czyli coś jak nasze dzięki. Na zdrowie. 
         Spod hali targowej pojechaliśmy teraz tramwajem i metrem na miejsce noclegu. Była dopiero dwunasta, ale chcieliśmy umyć się, zostawić bagaże i odświeżeni wrócić na miasto. Spaliśmy w Hungaria Guesthouse przy Hungaria krt. 71. Od centrum trochę daleko, trzeba jechać metrem do stacji Puskas Ferenc Stadion a dalej przystanek tramwajem, ale miejsce było przyjemne, stylizowane na zameczek, komfort przyzwoity, łazienka w pokoju, telewizor, wifi, lodówka i tak dalej. Płaciliśmy 12 euro od osoby za noc, oczywiście w forintach. 
-Wiesiu, ja idę spać.
-Rafał, czasu szkoda, poleż chwilę i idziemy
-Nie p***dol Wiesiu. Zupełnie jak w Weselu Smarzowskiego.
Rafał zasnął, a ja oglądałem węgierskie reklamy, ale nie za długo. Też zasnąłem.
20160913 182939         Obudziliśmy się około 16, spaliśmy chyba trzy godziny. Wyszło nam to na dobre, bo przez cały czas naszego snu lał deszcz, a my obudziliśmy przy ładnym słoneczku. Pojechaliśmy na to wzgórze, przy którym wysiedliśmy rano z metra i porobiliśmy parę zdjęć, naprawdę dobry punkt widokowy. Stamtąd metrem udaliśmy się do polecanego Oktogon Bistro, czyli miejsca typu jesz ile chcesz. Wchodzimy, jest napisane po angielsku, że płaci się 1300 forintów i je się ile wlezie, do tego ma się jakiś napój. Płaci się najpierw, potem nakłada się jedzenie i ma się na to wszystko godzinę. Mówię facetowi po angielsku, że poproszę tę opcję za 1300 z napojem, a on nalicza mi 1500 i mówi że za napój płaci się jeszcze dodatkowo. Pokazuję mu ofertę na szybie, że jest napisane 1300 już z napojem, on dalej uparte przy swoim. Kiedy jeszcze raz się go spokojnie spytałem, czy mogę wziąć w końcu tę coca-colę do zestawu tak jak oferują, zaczął walić pięścią w stół przy kasie, automatycznie przeszedł z angielskiego na swój agresywny węgierski słowotok przeplatany kurwami, które u nich znaczą to samo co u nas. Ja też nie byłem dłużny, powiedziałem mu, że jeśli tak traktuje klientów to żeby spierdalał i tak sobie porozmawialiśmy, on po swojemu, ja po swojemu. Od kelnerki dostałem tę nieszczęsną colę i zjedliśmy na dworze. Już nie chodziło mi o te głupie 200 forintów, tylko denerwuje mnie to zdzieranie na turystach na każdym kroku. My se napiszemy 1300, a ty i tak zapłacisz 1500, no bo przecież jaka to różnica, i tak jesteś głodny. Nie polecam tego miejsca, jedzenie średnie, z obsługą jak wspomniałem.
         Po tej słabej obiadokolacji pojechaliśmy na Vörösmarty Ter i idąc przez jedną z głównych ulic starego miasta Pesztu, Vaci utca, doszliśmy do Nagy Fa-Tál Konyhaja przy Kigyo utca 4, czyli restauracji z muzyką na żywo i ogródkiem. Kelnerzy i kelnerki proponują nam różne dania od razu po zajęciu miejsca, my odpowiadamy "we came only to drink". Polacy. Co ciekawe, piwo na starym mieście w stolicy Węgier ma cenę jak w Krakowie - za litrowy kufel dobrego piwa płaci się tu 15zł, zupełnie jak w Kompanii Kuflowej w Sukiennicach. Warto pamiętać, że niemal w każdej restauracji w Budapeszcie doliczany jest napiwek 10% do paragonu. Nie liczą na hojność, wymagają jej. Tutaj jednak się należało, bo obsługa była bardzo miła, posługiwała się też dobrym angielskim, co pozwala uniknąć nieporozumień jak w tym nieszczęsnym Oktogonie. Wracamy na Vörösmarty Ter, zabytkowym metrem M1 jedziemy do końca i do domu wracamy piechotą na orientację, raz obwodnicą, raz przez bloki, tu autobusem nocnym, a tam przez działki, trafiliśmy przed północą.

 

14 września - Budapeszt cz.2 

         Pobudka bez pośpiechu, wyszliśmy około jedenastej. Odjazd do Polski mamy też o jedenastej, tyle że wieczorem, a do tego czasu nie chcieliśmy się targać z plecakami, więc spytaliśmy o możliwość zostawienia ich w hotelu, nie było z tym problemu. Pojechaliśmy tramwajem 1 na pętlę Vörösvári utca, wizyta w sklepie po kawkę i bułeczki, a stamtąd dziewiętnastką pod budziński zamek. Wstęp na dziedziniec jest bezpłatny, obiekty takie jak kościoły i wnętrza pałacu zwiedza się za opłatą. Na wzgórze można wjechać kolejką, lub wejść na piechotę zygzakiem. Po zwiedzeniu zeszliśmy do metra i przejechaliśmy się stołecznym S-Bahnem, czyli podmiejską linią kolejową H5 z Batthyány Ter. Nie wiedziałem, czy nasze bilety dobowe są ważne i na ten środek transportu, więc zaryzykowałem i w kasie na stacji metra spytałem faceta po niemiecku. Co ciekawe, po niepowodzeniach innych Węgrów z angielskim, ten pan potrafił mi udzielić po niemiecku pełnej informacji o tym gdzie mogę i czym mogę jechać, a ja przy okazji potrenowałem język. I tak dalej, metro, tramwaj, metro, tramwaj, zajechaliśmy m.in. na Dworzec Nyugati i na Deák Ferenc Ter, gdzie zwiedziliśmy praktycznie jedyny obiekt turystyczny podczas tego wyjazdu, czyli Bazylikę św. Stefana, a to dlatego, że wstęp był co łaska. Odwiedziliśmy też budynek parlamentu, ale znów od zewnątrz. Trzeba było wziąć więcej pieniędzy, a nie cebulić...
20160914 185607         Przynajmniej na jedzeniu nie oszczędzałem. Po odwiedzeniu Hösök Tere, czyli Placu Bohaterów z kolumnadą władców, pojechaliśmy na kolację do Drum Cafe przy Dob utca, bardzo przyjemna knajpiana uliczka, dookoła w ogródkach praktycznie sami Hiszpanie i Polacy, kelnerzy bardzo uprzejmi, a i oferta bardzo przystępna. Oferowali różne rodzaje menu trzydaniowego w przedziałach 6-9 euro, co jak na Budapeszt jest tanio. Jakość też niczego sobie, ja zamówiłem menu koszerne (a co), czyli zupa gulaszowo-czosnkowa z macą, na drugie pyszne naleśniki z warzywnym nadzieniem, polane gulaszem i śmietaną, dodatkowo na deser spróbowałem słynnego żydowskiego ciasta z Węgier, czyli flodni - coś jak makowiec & szarlotka, podawana z likierem jajecznym. Na zapicie szprycer, czyli musujące wino truskawkowe. Porcje nie były wielkie, ale po wszystkim byłem pełny. Był to dowód na to, że aby się najeść nie trzeba zapychać się kebabem, tylko zjeść dobrze przyrządzone dania, sycą wystarczająco. A za wszystko zapłaciłem 7,50 euro, oczywiście już z doliczonym napiwkiem. Po kolacji jedziemy do hotelu po rzeczy, znów jedynką na pętlę po ostatnie zakupy, a stamtąd po dwudziestej pierwszej mieliśmy tramwaj 19 od samuśkiej północy, hen na samiuśkie południe, i to w dodatku prosto na nasz dworzec. Czekając na odjazd podszedł do mnie jakiś stary Węgier i bełkotał do mnie po swojemu, pokazywał na tramwaj i o coś mnie pytał. Odpowiedziałem mu najczęściej używane tu przeze mnie zdanie, czyli "nem értem, Lengyel vagyok", ale on dalej nieugięty czegoś ode mnie chce. Opłaciła mi się nauka liczebników, bo z jego wypowiedzi wyłapałem tylko tizenkilenc, a tizenkilenc to 19, czyli pytał o numer tramwaju.
-Tizenkilenc? Igen!
-Köszönöm.

Wieczorny kurs linią 19 to moim zdaniem punkt obowiązkowy wizyty w Budapeszcie. Tramwaj jedzie cały czas po terenie Budy, zaczyna od blokowisk, potem wjeżdża w niską staromiejską zabudowę, potem jedzie brzegiem Dunaju i widać wszystkie zabytki nocą jak na dłoni - pięknie oświetlony parlament z rzędem kamienic, zabytkowe błyszczące mosty, budziński zamek i tak dalej. Wysiedliśmy przy Kelenföld Vasutállomás, ostatnie chwile na Węgrzech spędzliśmy standardowo w toalecie i przed północą odjechaliśmy Polskim Busem do Krakowa.

 

15 września - powrót do domu

Wysiedliśmy około szóstej na krakowskim MDA, o ósmej odjechaliśmy do Rzeszowa, a stamtąd o dwunastej do Lublina. Krótko na temat, benc.

 

Skromna galeria zdjęć z wyjazdu

 

 

 

Podsumowanie

Czyli co warto wiedzieć przed wyjazdem do Budapesztu.

 

Język

Angielski nie jest tu takim standardem jak w Polsce. Młodzi ludzie (choć nie wszyscy) pokażą drogę, polecą jakieś miejsce, z angielskim nie mają większego problemu, ale pokolenie 30+ trzyma się sztywno języka ojczystego. Próbowałem podchodów z angielskim, rosyjskim i niemieckim; poza jednym panem w kasie na stacji metra bez skutku. Warto nauczyć się węgierskich liczebników i podstawowych zwrótów, żeby wiedzieć czy ktoś nam dziękuje, czy każe spierdalać w podskokach, bo prosimy o colę do obiadu.

 

Pieniądze

Warto zaopatrzyć się w forinty już w Polsce, bo w większości kantorów w Budapeszcie pobierana jest opłata komisyjna za wymianę, około 5zł za operację, dodatkowo złotówka nie jest tam bardzo popularna i ma słaby kurs. Z drugiej strony jednak jest u nas problem z forintami, więc myślę że najlepszym rozwiązeniem pośrednim jest wzięcie ze sobą euro / dolarów i wymiana ich tam w kantorze. 

Luźny przelicznik przy zakupach:
100 forintów = 1,40zł
100zł = 7000 forintów

 

Nocleg

Spaliśmy tylko jedną noc w Hungaria Guesthouse w północnej części miasta, hotel ma swoją stronę internetową (jest też wersja w języku polskim), ceny aktualne. Komfort normalny, obsługa pomocna, można przyjechać wcześniej i zostawić bagaże, tak samo w dniu odjazdu. Za nocleg we wrześniu 2016 płaciliśmy 12 euro od osoby w pokoju dwuosobowym z łazienką. 

 

Jedzenie

O Oktogonie już się wypowiedziałem. Zjedliśmy też w międzyczasie kebaba za 700,- forintów (10zł), ot taki, nie za duży, nie za mały, dostępny wszędzie. Na stacjach metra sprzedają ciepłe, świeżo robione kołacze - o smaku cynamonowym, waniliowym, kakaowym i tak dalej, 350,- forintów (5zł) sztuka. Pyszności, polecam każdemu. Drum Cafe na Dob utca również warto odwiedzić, a wieczorem na piwo w przyjemnej atmosferze i dobrej cenie do Nagy Fa-Tal przy Kigyo utca 4.

 

Co zobaczyć?

Co kto uważa. Ja tylko żałuję, że wziąłem za mało pieniędzy i nie zwiedziłem parlamentu. Można przejechać się kolejką na wzgórze zamkowe, zobaczyć muzeum pinballa, przejść się podziemnym labiryntem w ciemnościach, na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie, a podstawowe zabytki można znaleźć na wikipedii.

 

Ceny w Budapeszcie - wrzesień 2016:

-Obiad w Oktogon Bistro - 1300-1500 ft
-Obiad w Drum Cafe - ok. 2000 ft (z napiwkiem)
-Litr piwa na Starym Mieście w Peszcie - 1200 ft (z napiwkiem)
-Langosz na hali Fovam Ter - 700 ft
-Kołacz na stacji metra - 350 ft

-Bilet dobowy na komunikację miejską - 1650 ft

Supermarket Spar:

- Coca Cola 500ml - 245 ft
-Jogurt kakaowy 500ml - 179 ft
-Piwo Arany Facan 500ml - 159 ft
-Wino Corvus Tokaji 750ml - 699 ft
-Baton 3bit - 179 ft
-Pasta paprykowa - 399 ft
-Serko-batoniki 5szt - 329 ft

 

 

         W końcu. W końcu się zebrałem, żeby to napisać, bo to już grudzień, a wyjazd był we wrześniu. Po powrocie z Budapesztu zostało mi kilka dni w rodzinnym Lublinie na spakowanie się i 22 września opuściłem dom na najbliższe parę miesięcy. Wszystko przez rozpoczęcie studiów na Politechnice Gdańskiej, zapisałem się tam w ostatniej chwili nie mając znajomych, mieszkania, niczego. Na szczęście w dwa dni udało mi się znaleźć dobre mieszkanie w Sopocie niemieckiej kamienicy w bardzo dobrej cenie, więc miałem już się gdzie wprowadzić. Pierwsze trzy miesiące studiów zleciały mi błyskawicznie, szybko zawarłem nowe znajomości, w międzyczasie odbyłem swój pierwszy w życiu lot samolotem 10 listopada do Warszawy, odwiedziłem znajomych z Lublina studiujących w stolicy. A co dalej? Odessa. W chwili, kiedy to piszę, zostały mi dwa dni do kolejnego wyjazdu na Ukrainę, z której dodam obszerniejszy i pewnie bardziej osobisty opis. A potem znów Sopot, szkoła i byle do wakacji.