sobota, 18 11, 2017

29 IV - 2 V - Euro-Nysa & Trójmiasto

29 kwietnia (piątek)
IMG 0133         Kilka dni przed samymi maturami zaleca się odpoczęcie od nauki, żeby ze świeżym umysłem podejść do egzaminów. Posłuchałem się tej rady i ze znajomym wyjechaliśmy w piątek w koniec roku szkolnego w podróż trasą Lublin - Warszawa - Poznań - Szklarska Poręba - Liberec - Görlitz - Jelenia Góra - Gdynia - Sopot - Gdańsk - Radom - Lublin. Bilety kupiłem na początku kwietnia, pozostało mi tylko odliczać dni do końca roku i po klasowej pizzy spakować się w torbę i ruszyć na dworzec :)
         Odjeżdżaliśmy pociągiem o 19:07. Sprawa od początku była skomplikowana, bo tym połączeniem przyjedziemy do Warszawy Wschodniej o 21:46, a nasz pociąg na Szklarską Porębę odjeżdża ze wschodniej o 21:44, czyli dwie minuty wcześniej przed nami. Rozwiązaniem było wysiąść o 21:46, o 21:52 wsiąść w Koleje Mazowieckie, podjechać na W-Wa Śródmieście, wysiąść tam o 22:00, przebiec tunelem i skrótem na Centralny i odjechać o 22:05 pociągiem na Szklarską Porębę. Gdyby to się nam nie udało, to istniała jeszcze szansa dogonienia naszego pociągu we Wrocławiu, ale nastawiliśmy się na ściganie go już w Warszawie. W naszym przedziale siedziała para - Polka i Francuz, grali w Doble, przez co uczyli się angielskich słówek. Polka z wymową starała się i dobrze jej to wychodziło, a Francuz jak to Francuz - dla niego dobra znajomość angielskiego to uraza bagietkowej dumy, więc dukał i kaleczył jak mógł :) Przed samą Warszawą, w Sulejówku-Miłosnej, nasz pociąg stanął na stacji, ale nikt tam nie wsiadał i nie wysiadał. Czekaliśmy aż przejedzie skład z naprzeciwka, w tym czasie z peronu za torami grupa pijanych sebastianów wstała, jeden z nich zeskoczył na torowisko, przeszedł po kamieniach i wszedł do naszego pociągu. Jego koleżanki zaczęły drzeć się, żeby wracał, ten zeskoczył na torowisko, rozpędzony pociąg jechał w jego kierunku, ale jakoś wczołgał się na peron i uniknął rozgniecenia na tatara. Idiota.
         21:45, wtaczamy się na dworzec wschodni w Warszawie. Z drzwi na korytarzu widzę nasz pociąg do Szklarskiej Poręby, z którego właśnie wysiadł konduktor i gwizdnął machając ręką. My zaczynamy hamować, tamten zaczyna startować, wszystko przy tym samym peronie, od sukcesu dzieliło nas dziesięć metrów. Niestety, kiedy zatrzymaliśmy się i wysiedliśmy, nasz do Szklarskiej pożegnał nas właśnie swoim ostatnim wagonem. Jedź jedź, spotkamy się na centralnym :)  Biegniemy więc na peron 7, stoimy parę minut i wchodzimy szybko do pustej KM z Siedlec. Bilet kupiliśmy internetowy, ale nikt go nie sprawdzał, staliśmy tylko w korytarzu licząc sekundy na zegarku. 22:01, wysiadamy na Warszawie Śródmieście. Pytam szybko jakiejś pani którędy na centralny, wskazuje mi jakieś sekretne przejście, zbiegamy w dół, potem w prawo, schodami w lewo i długa prosta, nasz pociąg stoi dwieście metrów dalej i świeci czerwonymi lampkami ostatniego wagonu. Dobiegliśmy o 22:03, odjazd o 22:05. Udało się! Trafiliśmy nawet na wolny przedział, jak to mawiał Pan Zagłoba - "Bóg nagrodził męstwo" :) Trzy godziny jazdy do Poznania, tam dosiadły się do nas trzy osoby i o 2:30 odbiliśmy na południe.

30 kwietnia (sobota)
        Dopiero przed trzecią zasnąłem i liczyłem już na sen do samych Karkonoszy, aż tu nagle w przedziale błyska światło i wszystkich budzi głośny głos konduktora "państwo, którzy nie mają tutaj miejsc, proszę iść do innego wagonu". Okazało się, że w Ostrowie Wielkopolskim wsiadła jakaś wycieczka, która miała zarezerwowane sześć pełnych przedziałów aż do samej Jeleniej. My ze znajomym mieliśmy bilety weekendowe bez wskazania konkretnego miejsca (miejscówek w kasie nie dostałem, już nie było), więc wyszliśmy z przedziału i po długich upychankach-przepychankach zostaliśmy na korytarzu, obok kilkunastu innych ludzi stojących, siedzących i leżących. Jazda na korytarzu nie była już taka przyjemna, ale zaraz za Oleśnicą zaczęło świtać i chwilę po piątej wjechaliśmy do Wrocławia, zmiana lokomotywy i odjazd na południe. Cały czas jechaliśmy punktualnie, więc liczyłem na udaną przesiadkę w Szklarskiej Porębie, ale niestety po wjechaniu do Jaworzyny Śląskiej o 6:24 pociąg się rozkraczył. Miał odjechać o 6:25, odjechał o 7:50. Na początku nikt nie wiedział co się dzieje, konduktorzy nie udzielali informacji, pobyt się przedłużał. Przypominało to trochę podróże powojennych przesiedleńców, gdzie pociąg wtaczał się o poranku na jakąś niemiecką stację na zachodzie, skład stawał, ludzie leniwie wypełzali na perony i po paru godzinach jechali dalej, tak było i tym razem. W końcu jednak przysłali nową lokomotywę, a my z półtora-godzinnym opóźnienieniem ruszyliśmy na Jelenią Górę, a stamtąd już prosto karkonoską trasą na Szklarską Porębę. 
IMG 0202         Mieliśmy tu być o 9:13, jesteśmy o 10:30, trudno. Szybkim biegiem do dworca po bilety Euro-Nysa (25,-zł) i na minutę przed odjazdem wbiegliśmy do czeskiego szynobusu do Liberca. Rok temu trasa była w remoncie i co parę stacji jechałem na przemian raz to pociągiem, raz to autobusem, ale w tym roku skończyli już roboty w tunelu i mogłem teraz przejechać całą trasę bez przesiadek. Ludzi w pociągu niedużo, trasa dosyć widokowa, ale w większości przespana. 12:20, jesteśmy w Libercu. Czasu lekko ponad półtorej godziny, więc sprężyliśmy się i zaczęliśmy od małych zakupów w Billi przy bocznej 1 Maja, stamtąd prosto na wysoko położony Rynek i szukamy jakiegoś miejsca do zjedzenia. Wszystkie knajpy pełne, a czas nie pozwalał nam na długie czekanie, więc zeszliśmy ulicą Praską w dół i zaszliśmy na bagiety. Duży ciepły subway z kilkoma rodzajami mięsa i serów kosztował 79,- koron, czyli około 13zł. Do tego mały Pilsner za 39,- i po obiadku w czeskim słońcu wróciliśmy na dworzec, skąd o 14:02 odjechaliśmy do Niemiec. Jak już wspomniałem, ostatni raz byłem w tych rejonach w lipcu 2015 r. Po upływie niespełna roku widać już "zuchodźczenie" Niemiec - w pociągu siedziało dość dużo kolorowych inżynierów i lekarzy, zazwyczaj brudnych i szczerbatych. Wysiedliśmy w Zittau, kilkanaście minut na przesiadkę wykorzystaliśmy na przemarszowanie wokół dworca w rytm Preussens Gloria i wróciliśmy na perony. Stał już tam pociąg, ale nie było widać dokąd jedzie. Po raz pierwszy w życiu musiałem więc użyć niemieckiego w Niemczech - stała na peronie starsza pani, więc podchodzę: "Entschuldigung, fährt dieser Zug durch Görlitz?" Odpowiedzią było krótkie Ja, więc wsiedliśmy. Znów prawie sami, poza nami jechały może ze dwie osoby. Krótka kontrola biletu i prujemy wzdłuż Nysy na północ, raz w Polsce, raz w Niemczech, znów w Polsce i znów w Niemczech, już do samego Zgorzelca, gdzie wysiedliśmy o 15:40.
         Pasażerów wita zadaszona hala peronowa, zimny korytarz i duży dworzec świadczący o znaczeniu miasta - mówi się, że Görlitz jest jednym z najstarszym miast Niemiec. Jest najbardziej wysuniętym na wschód miastem Rzeszy (w jej obecnych granicach), ponadto nie zostało zniszczone podczas drugiej wojny światowej, więc chodząc po jego ulicach, placach i zaułkach można wyobrazić sobie, jak wyglądała choćby Legnica czy Nysa. Na tramwaj nie opłacało się czekać, więc poszliśmy prosto piękną Berlinerstraße w kierunku starego miasta. Dopiero teraz zauważyłem to, o czym czytałem już w zeszłym roku - to miasto wymiera. Pełno tu kamienic z zakurzonymi oknami, co drugie mieszkanie jest zu verkaufen, pusto, cicho, hula wiatr. Główne place okupowane są przez grupki kolorowych przybyszy patrzących się spode łba, ale nikogo nie zaczepiają. Ludzie siedzą w kawiarniach, inni robią zakupy, owinięte w turbany matki pchają wózki z małymi Muhammadami, ale odniosłem wrażenie, że to już nie to samo co rok temu. Görlitz straciło duszę. Czułem tu taką atmosferę, jakby kawa ludzi siedzących w ogródkach kamienic była ich ostatnią kawą, a chwilę potem pójdą po walizki i wyjadą stąd na zawsze. Ponury klimat. My zrobiliśmy sobie spacer przez całe miasto trasą Postplatz - Marienplatz - Obermarkt - Brüderstraße - Untermarkt - Peterstraße - Nikolaistraße - Steinweg i po wielu zdjęciach i postojach na podziwianie architektury doszliśmy do jakiegoś otwartego marketu. Wzięliśmy coś małego do jedzenia i po jednym piwie, żeby uczcić wolność spożywania w Niemczech. Okazało się, że z tym piciem wcale nie jest tak łatwo - każde miasto w Reichu ma swoje przepisy odnośnie alkoholu pod chmurką. W przypadku Görlitz było tak, że można pić wszędzie poza Marienplatz, Demianiplatz i rejonem w okolicy przystanku przy dworcu. Idziemy więc na piękny Postplatz, siadamy na ławeczce, a tu na niej tabliczka "Alkoholfreie Zone - danke für Ihre Akzeptanz - Stadtverwaltung Görlitz". Nie chcieliśmy ryzykować bliższego spotkania z policmajstrami, więc przeszliśmy się na wspomnianą już Berlinerstraße i na najładniejszej ulicy w mieście wypiliśmy symbolicznie po jednym lokalnym piwie. Stamtąd przeszliśmy już na dworzec, chwila odpoczynku i o 18:24 odjechaliśmy dolnośląskim szynobusem na Jelenią Górę.
IMG 0249         W Hirschbergu byliśmy chwilę po dwudziestej, ale nie szliśmy już na miasto, tylko niecałą godzinę przeczekaliśmy na dworcu robiąc małe zakupy i załatwiając bilety w kasie. Chodziło o pociąg widmo, którym mieliśmy jechać - TLK Aurora ze Szklarskiej Poręby do Gdyni Głównej. Kupiłem na niego miejscówki już miesiąc wcześniej, a tydzień przed odjazdem okazało się, że zniknął z rozkładu. W plakatowym rozkładzie było zaznaczone, że jeździ codziennie poza 30 IV, za to na stronie intercity można było kupić na niego bilet. Na dworcu było napisane, że wagony jadą tylko do Warszawy, a pani w kasie mówiła, że do Gdyni też będą. To kto w końcu ma rację? Pociąg planowo miał odjeżdżać o 21:19, idę o 21:10 na perony szukać naszego wagonu 18, a tam tylko wagony 13,14,15 do Warszawy. Pytam konduktorów o co tutaj chodzi, powiedzieli że te wagony zaraz będą dostawione, ale wyjedziemy z opóźnieniem. Pytam, czy w końcu będą to wagony do Gdyni, mówią że tak. Rzeczywiście, o 21:30 nasz pociąg widmo się pojawił i zajęliśmy miejsca  w pustym wagonie. Położyliśmy się w przedziale na siedzeniach i odjechaliśmy z Dolnego Śląska na północ.


1 maja (niedziela)

         Zasnąłem dość szybko, pewnie jeszcze przed Wałbrzychem, a obudziłem się dopiero w Bydgoszczy. Spałem całą trasę, a na miejscówce patrzę, że była już sprawdzana. Kiedy, we śnie? Chwilę przed ósmą wysiadamy w Gdyni. Na początek dnia małe śniadanie w McDonaldzie, kawa z tostami. Potem przeszliśmy przez miasto na plażę, wymieniając po drodze resztki koron czeskich w jednym z zawsze otwartych kantorów przy ul. Abrahama. W Gdyni nie mieliśmy za bardzo co robić, więc po paru zdjęciach wróciliśmy na dworzec i podskoczyliśmy pierwszym lepszym pociągiem do Sopotu. Tam zaskoczył mnie nowy budynek dworca, nawet nie wiedziałem że coś takiego się budowało. Przeszliśmy przez cały Monciak w kierunku molo, tłoki jak zawsze. Na pierwszy obiad zaszliśmy do knajpy z tureckim jedzeniem na uboczu, robili tam kebaby inne niż zwykle, z jakimś ostrym sosem i ogórkami kiszonymi, wszystko w bułce jak od hotdoga. Potem pół godziny siedzenia na dworcu w celu podładowania telefonów i odjechaliśmy o 14:02 już na Gdańsk. Tam też chwilę posiedzieliśmy w McDonaldzie żeby coś zjeść i podłapać parę procent, a o 15:30 odjechaliśmy pierwszym tego dnia tramwajem. Zapomniałem, że ósemka na Jelitkowo nie jedzie przez Bramę Oliwską tylko przez Stocznię, więc wysiedliśmy przy ECS, żeby pokazać znajomemu gdzie Leszke obalał komunę tymy ręcamy.
         Tam podszedł do nas jeden żul i prosi o 1,60zł na piwo, bo go z kolegą suszy, bo wczoraj ich schlali, on jest bezdomny z Katowic, żona go zostawiła. Pytam jak się w Gdańsku znalazł, on wzrusza ramionami i pyta skąd my jesteśmy. Zgodnie z prawdą mówię, że z Lublina, na co on krzyczy do swojego towarzysza "Mietek, cho no, kolegów masz". Okazało się, że drugi sztajmes jest z Puław i pytał nas skąd dokładnie jesteśmy, pogadaliśmy o ulicach, gdzie nie bywać, kogo nie znać i daliśmy im te parę miedziaków z kieszeni. Spod Stoczni odjechaliśmy do centrum Wrzeszcza, tam w żabce ubezpieczyliśmy się w prowiant i z Fortunami Mirabelkami przejechaliśmy się dwunastką przez całe miasto na Siedlce. Jakie miłe wspomnienia mam z tą dzielnicą, można powiedzieć, że Zakopiańska, Skarpowa i Goszczyńskiego to moje wakacyjne rejony. Usiedliśmy sobie przy schodach nad Jarem i zrobiliśmy pierwszomajowy grill bez mięsa w bardzo przyjemnej okolicy, czułem się jakbym był z rodziną na wakacjach i zaraz jechał na zakupy i klopsiki do Ikei.
IMG 0315         Po krótkiej rekreacji podweseleni pojechaliśmy 210 na Dworzec Główny, bo procenty z telefonu szybko wyparowały, a szykowała się noc zwiedzania, więc trzeba było podładować co-nieco. Około 19 byliśmy już pod pomnikiem Sobieskiego, który został przywieziony ze Lwowa i stoi na miejscu niemieckiego pomnika żołnierzy poległych w wojnach z Danią i Francją. Nie wiedziliśmy dokładnie gdzie zjeść, myśleliśmy o burgerach na Garncarskiej, ale kiedy wchodziliśmy było pełne po brzegi i niedługo zamykali, więc poszliśmy poszukać czegoś innego. Ceny w restauracjach na Długim Targu nie zachęcały, na rybę za 50zł nie było nas stać, więc ostatecznie trafiliśmy do Alanyi na kebaba. Po jedzeniu czas na miasto - Gdańsk piękny jak zawsze. Mimo że to już moja nasta wizyta, to za każdym razem zachwycam się nim tak samo. Statywu nie miałem, więc zdjęcia starałem się robić z ręki opierając aparat o co się da. Długi Targ tętnił życiem, zewsząd muzyka, pełno zagranicznych turystów i przechodniów, zupełne przeciwieństwo wymarłych niemieckich miast, tu aż chce się żyć. Przeszliśmy się po wielu ulicach i usiedliśmy na chwilę naprzeciwko Bazyliki Mariackiej na ławeczkach. Ławkę obok siedziała pani rozmawiająca przez telefon, do której dosiadł się po chwili gruby pijany Norweg. Pani poczuła się niekomfortowo i przestraszona szybko wstała idąc w inne miejsce, a Norweg pokazywał tylko palcem gest "ćśś", potem machnął ręką i odchylił głowę maksymalnie do tyłu i trwał w tej pozycji parę minut. Po chwili na Piwnej słychać było okrzyki "Timo, Timo" - okazało się, że szukają go jego koledzy. Na to nasz pijany zawadiaka z fiordów wstał, zobaczył w oddali swoją ekipę i ukrył się za cienkim drzewem zupełnie jak dziecko, które myśli, że go nie widać. Im bliżej podchodzili jego znajomi, tym bardziej on się obracał aż w końcu wyskoczył zza drzewka, zaczął się śmiać i razem poszli pewnie na jeszcze jedno piwo, a my już prosto na dworzec, skąd o 23:39 odjechaliśmy na południe.

2 maja (poniedziałek)
         Niestety w tym pociągu nie było już luzu i do samego Radomia jechaliśmy w ósemkę. A dlaczego do Radomia? Tak wyszło najkorzystniej, bo w Dęblinie musielibyśmy wysiąść o czwartej nad ranem i czekać do ósmej na coś do Lublina, to samo w Warszawie, gdzie wysiadka o drugiej nie wchodziła w grę, więc padło na Radom, który zmęczeni przywitaliśmy o 5:25. Przed przyjazdem planowałem poranne zwiedzanie miasta, ale po ludzku nie mieliśmy siły. Usiedliśmy tylko w poczekalni, żeby podładować telefon, a o 7:00 po otworzeniu sklepów kupiliśmy sobie trochę pieczywa na śniadanie. Radomia więc nie zobaczyłem i nadal pozostaje dla mnie nieodkryty (o ile jest tam coś do odkrycia, bez urazy Radomiacy). Odjechaliśmy na Lublin o 8:40, gdzie o 10:20 skończyła się dwudniowa podróż po Europie centralnej.

Galeria zdjęć 


         Po wyjeździe nadszedł czas matur, które poszły mi przyzwoicie, niektóre nawet lepiej niż planowałem. Rozczarowań nie było, miałem za to jedno bardzo pozytywne zaskoczenie - na maturze z historii rozszerzonej miałem do wyboru pięć tematów na wypracowanie, a jeden z nich wyglądał tak, jak gdyby ktoś z CKE wiedział, co mi ułożyć - "Opisz rolę gospodarczą Gdańska w Królestwie Polskim i Rzeczypospolitej Obojga Narodów od XVw. do drugiej poł. XVII w." Ten Gdańsk spadł mi z nieba - to widać nie przypadek, że tak często tu jeżdżę :)