środa, 22 11, 2017

5 VII 2015 - Liberec & Görlitz

         Podświadomość przez sen wyczuła, że autobus nie jedzie już tempem autostradowym, tylko kluczy między ulicami, więc obudziłem się i właśnie wjechaliśmy na wrocławski dworzec autobusowy. Tu 15 minut postoju i ruszamy dalej na Wałbrzych, Kowary i Jelenią Górę. Myślałem w tym czasie, jak zrobić, żeby zdążyć na pociąg do Szklarskiej Poręby o 7:30 i kupić jeszcze na dworcu bilet Euro-Nysa, którego nie dostałem w Katowicach. Autobus planowo miał przyjechać do Jeleniej o 7:05, ale w Kowarach byliśmy dopiero o 6:50, więc nie liczyłem na to, że zdążę przejść z jeleniogórskiego dworca PKS do PKP, które dzieli ponad 2km. Pamiętałem sprzed roku, że jadąc od strony Karpacza i Kowar będzie bliżej do dworca PKP, jeśli się wysiądzie przy ul. Wojska Polskiego. Wziąłem więc swoje rzeczy z tyłu i idę naprzód do kierowców, którzy właśnie podrywali dwie studentki. Była 7:00, wjechaliśmy w administracyjne granice Jeleniej Góry, więc spytałem kierowców, czy nie wypuściliby mnie przy Wojska Polskiego, bo mam pociąg o 7:30 i muszę zdążyć. Oni nie wiedzieli gdzie mają mnie wysadzić, ale ja w porę poznałem, zatrzymali się na przystanku, pozdrowili mnie jeszcze (trzymaj się), podziękowałem, pożegnałem się i wysiadłem. Super kierowcy, mili cały czas od Katowic wieczór do Jeleniej rano :)
  IMG 5556b       Szedłem ul. Wojska Polskiego i Dworcową przez jakieś 15 minut i doszedłem do dworca o 7:20. Od razu bez problemu kupiłem bilet Euro-Nysa za 25zł (w zestawie dają mapę regionu transgranicznego wraz ze schematami komunikacji miejskiej i dalekobieżnej) i poszedłem na peron. Newag z Wrocławia do Szklarskiej Poręby wjechał punktualnie, wsiadłem, podłączyłem telefon, konduktor sprawdził bilet i po niespełna godzinie jazdy piękną górską linią z krajobrazami Karkonoszy wysiadłem w Szklarskiej Porębie Górnej. Tu po 10 minutach czekania od zachodu przyjechał mały, żółty czeski vláčik. Oprócz mnie i kilku entuzjastów gór z rowerami, wsiadła też jakaś polska kolonia dzieci - ze trzydzieści osób, więc króciutki pociąg wypełnił się całkowicie. Miły pan konduktor sprawdził bilety (w Czechach sprawdza się je przed odjazdem) i ruszyliśmy za granicę.
         Trasa do Jakuszyc jest w kiepskim stanie, więc pociąg rytmicznie stukając o złącza szyn jedzie wolno, dodatkowo zwalniając do kilku km/h na każdym przejeździe. W Szklarskiej Porębie Jakuszycach przesiadka do autobusowej komunikacji zastępczej - remontują jeden z tuneli na granicy, do Czech wjechałem więc autobusem. Przy okazji dzięki przewodnikowi tej kolonii dzieci dowiedziałem się m.in. że tu trenuje często Justyna Kowalczyk i to w tym ośrodku złamała nogę. Dzieci z opiekunem wysiadły w Harrachovie, a ja dwa przystanki dalej na dworcu w Kořenovie. Tu po chwili przyjechał niebieski szynobus, kontrola biletów i odjazd. Jednak tym pociągiem też nie dojechałem za daleko - wysiadka w Tanvaldzie, bo dalej znów autobusy zastępcze. Poczekałem z kilkoma Polakami na stanowisku szóstym na zastępczy autokar, który podjechał punktualnie o 9:48. Z Tanvaldu odjechało kilka osób, na trasie były wymiany pasażerów, ale wszsyscy wysiedli w Jabłońcu nad Nysą, mieście przed Libercem, do pętli jechałem więc sam. Kierowca stawał na każdym przystanku, patrząc na mnie co chwila przez lusterko. Na jednej z zastavek na przedmieściach Liberca stanął na kilka minut i zgasił silnik, oczywiście patrzył się w moją stronę, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że mam wysiąść. No co jest, on tu kończy? Przecież ma jechać do Liberca na dworzec. Idę do niego i pytam, czy pan jede na hlavní nádraží v Liberce, a on ano. Okazało się, że czekał na drugi autobus zastępczy, który dogonił go chwilę później, dosiadł się do nas konduktor z tamtego autobusu i ruszyliśmy. Na dworzec w Libercu przyjechałem o 10:55.

Liberec

         Dochodziła jedenasta, a pociąg do Zittau miałem o 14:02. W czasie trzech godzin chciałem zobaczyć tutejsze zabytkowe Stare Miasto z Ratuszem, zrobić zakupy i zaliczyć sieć tramwajową (oprócz linii do Jabłońca nad Nysą, która była w remoncie). O bilety na tramwaj nie musiałem się martwić, bo mój bilet Euro-Nysa za 25zł był ważny również w komunikacjach miejskich wszystkich miast regionu, tj. Liberca, niemieckiego Zgorzelca, a nawet Bolesławca. Przed dworcem od razu wsiadłem w linię 3 na Horní Hanychov, bo nie wiedziałem, kiedy mógłbym się spodziewać kolejnego tramwaju. Okazało się, mimo niedzieli linie 2 i 3 kursują co kilkanaście minut, więc z częstotliwością nie ma problemu. Horní Hanychov rzeczywiście jest horní - za dworcem i skręceniem za wiadukt kolejowy, linia tramwajowa przez wszystkie kolejne przystanki pnie mocno do góry, cały czas nie zmieniając nachylenia. Pętla znajduje się w pobliżu szczytu Černý Vrch, na który można wjechać wyciągiem krzesełkowym, widać z tej pętli też kilka polan, ale Liberca nie. Wróciłem na dół i wysiadłem przy przystanku Rybníček, żeby w pobliskiej Billi zrobić zakupy - było po 12stej, a ostatnią rzeczą jaką jadłem do tej pory były hotdogi w Katowicach o 20stej. Na spóźnione śniadanie kupiłem pięć bułek (w Czechach można kupić ciekawe bułki - z kminkiem i solą), opakowanie szynki, sałatkę, bułkę z mięsem i zapiekanym serem, jakąś czekoladę i standardowo kofolę do picia. Wydałem niecałe sto koron i pojechałem tramwajem na drugą pętli linii 3, czyli ZOO. Tam zrobiłem sobie kanapki i najadłem się do syta :)
         Po zjedzeniu czeskiego śniadania nagle zaczęło kropić i szybko z lekkiego deszczyku
IMG 5610bzrobiła się ulewa. W końcu jakaś przeciwwaga do tych upałów.. Schroniłem się w powrotnym tramwaju do centrum i wysiadłem przy Liberec Plaza, z identycznym logiem co Lublin Plaza. Pod dachem przeczekałem deszcz i w jednym ze sklepów w plazie wydałem ostatnie korony na picie. Stąd skrótem bardzo blisko do Rynku - poszedłem na główny plac w mieście i przy słońcu odpocząłem kwadrans na ławce obok dużego, pięknego ratusza,  który przypomina troszeczkę mediolańską katedrę, a trochę kłodzki urząd miasta :) Obecny liberecki ratusz pochodzi z końca XIX wieku, kiedy w neorenesansowym stylu wybudowano nowy budynek na miejscu starszego, zniszczonego przez piorun i upływ czasu. Dziś zdecydowanie jest wizytówką 100-tysięcznego miasta na północy Czech.
         Poszedłem w dół ulicą Praską, po drodze minąłem tory zostawione w bruku informujące przechodniów o tym, że w tym miejscu w latach 1897 - 1984 biegła linia tramwajowa. Spotkałem też zabytkowy tramwaj na linii X, który jechał do zajezdni w Rybníčku. Przeszedłem na węzeł przesiadkowy przy przyst. Fugnerova i dojechałem na dworzec. Chciałem podładować sobie telefon, ale dworzec nie posiadał takiego komfortu jak gniazdko elektryczne, będę musiał oszczędzać baterię. Zbliżała się czternasta, więc opuściłem halę dworca i poszedłem na właściwy peron. Co za skwar... Wsiadłem do pociągu TL20918 relacji Liberec - Rybniště przez Hradek nad Nisou, Zittau i Varnsdorf. Jest to pociąg międzynarodowy z prawdziwego zdarzenia - startuje w Czechach, za Hradkiem nad Nisou wjeżdża do Polski, przejeżdża przez Nysę Łużycką, jedzie przez Niemcy, w Varnsdorfie znów jest w Czechach i kończy w Rybništem. W pociągu na szczęście działała klimatyzacja, więc można trochę ochłonąć. Nasz skład dwóch szynobusów dojechał do Hradka nad Nisou, prawie wszyscy ludzie wysiedli, a ja siedzę dalej. Czyżby nikt do Zittau nie jechał? Z głośników w pociągu rozległ się komunikat tento vlak tutaj končí, więc wyszedłem szybko na zewnątrz. Okazało się, że jeden szynobus jest odczepiany, a na Niemcy jedzie ten pierwszy, do którego się przesiadłem. W samą porę, zostałbym w jakimś Hradku i nie wiedziałbym co dalej :)
IMG 5620b         Szynobus po kilkunastu minutach jazdy z wysoką prędkością przekroczył granicę Polski i zwolnił momentalnie. Na szlaku Liberec - Żytawa prowadzącym przez polską wieś Porajów, to właśnie nasz odcinek jest zapuszczony i jego stan techniczny powoduje zredukowanie prędkości pociągów do ok. 30km/h. Po kilku minutach powolnego stukania przejeżdżamy Nysę Łużycką i po chwili pociąg kończy na dworcu w Zittau. Mam tutaj 20 min przesiadki więc idę do dworca, bo na peronach jest powyżej 35 stopni, wszystko nagrzane do granic możliwości. Na żytawskim dworcu też nie ma kontaktów do podładowania telefonu, jest za to kondomat. Rynek zweryfikował :) Wróciłem na peron i o 15:01 odjechałem pociągiem OE 75922 spółki Ostdeutsche Eisenbahn. Kontrola biletu tak samo jak w Czechach bezproblemowa, konduktorzy widzą polskie napisy na bilecie Euro-Nysa i mówią dziękuję, czy to w Niemczech czy to w Czechach :) Trasa tego pociągu też jest ciekawa - szynobus startuje z Zittau, odbija na północ i jedzie wzdłuż Nysy Łużyckiej, po piętnastu minutach jazdy wjeżdża przez Nysę do Polski, mija wieś Trzciniec, Nysa skręca w prawo i z powrotem znajdujemy się w Niemczech, za laskiem po kilkunastu sekundach rzeka znów odbija w lewo i ponownie Polska, tym razem na dłużej, pociąg podczas 15-minutowej jazdy przez Polskę ma nawet postój w stacji Krzewina Zgorzelecka,  ale po chwili znów przekracza Nysę i wraca do Niemiec i po minięciu dużego jeziora Berzdorfer See z setkami plażowiczów, wjeżdża do Görlitz. Ja jednak nie jechałem do dworca głównego, tylko wysiadłem stację wcześniej - Görlitz Weinhübel i stąd przeszedłem przez ulicę Engelsa i zaciszne osiedle osiedle do pętli tramwajowej.

Görlitz

         Grzało niemiłosiernie, a zapas picia skończył mi się w pociągu w Czechach. Dopijając ostatni łyk kofoli w szynobusie godzinę wcześniej pomyślałem, że przecież w Niemczech kupię sobie coś następnego do picia. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo się myliłem - była godzina 16, niedziela. W Niemczech oznacza to zamknięte wszystkie sklepy (nie większość, wszystkie). Netto - geschlossen, Kaufland - geschlossen, Aldi - geschlossen. Nie widziałem kolorowo zwiedzania Zgorzelca przy wyjątkowo silnym skwarze, który na jednym termometrze podchodził już pod 40 stopni. Jakoś wytrzymam.. Coż, unijną normę pracy w niedzielę wyrabiają Polacy w żabkach czynnych do 23 przez cały tydzień. Tu są Niemcy. Poszedłem na pętlę do tramwaju, w którym połowa pasażerów była w samej bieliźnie i klapkach, jedynie seniorzy byli ubrani całkowicie. Pulchna pani kierująca wyszła na chwilę z kabiny, otarła spływający pot z czoła, poszła do specjalnego pomieszczenia dla motorniczych na przystanku i wróciła z litrową butelką schłodzonej wody, jak ja jej zazdrościłem... Wróciła do kabiny, nastawiła swój wiatraczek na najwyższe obroty i odjechaliśmy w skwarze. Nie tylko zamknięte sklepy świadczą o tym, że jestem w Niemczech, jest tu też inna kultura - jeden dziadek w tramwaju postanowił spuścić ciśnienie z jelit, i zamiast z konsternacją, spotkało się to ze śmiechem pasażerów i radosnym poklepywaniem dziadziusia po ramieniu. Co kraj to obyczaj :)
         Wysiadłem przy dworcu głównym i od razu poszedłem do hali się ochłodzić.
IMG 5639bBłagam, niech tu będzie otwarty sklep... Niestety, jest tylko kwiaciarnia, reszta zamknięta. No to nieźle. Poczekałem obok dworca na tramwaj 2 i pojechałem z powrotem na drugą pętlę na południu - Biesnitz, całą drogę wachlując się mapami tak mocno jak tylko mogłem. Rozgrzany do granic możliwości tramwaj bez klimatyzacji zawrócił i przez całe miasto pojechałem na przeciwległą, północną pętlę - Königshufen/Am Wiesengrund. Stąd wróciłem dwa przystanki do rozgałęzienia torów, żeby poczekać na coś co zawiezie mnie na drugą pętlę na północy Königshufen/Am Marktkauf. Niestety, tramwaj nie przyjeżdżał minutę, dwie, pięć, aż w końcu zrezygnowałem z czekania i wróciłem do centrum. Pić. Idę na starówkę, z nadzieją na znalezienie czegokolwiek, choćby automatu z colą. Nie ma. Nie ma nawet sklepiku na mieście, a u nas żabka za co drugim rogiem, a niby Niemcy to taki cywilizowany kraj. Pić. Przeszedłem przez piękne zachowane zgorzeleckie Stare Miasto, którego nie zniszczyła wojna i doszedłem do leżącego nad Nysą potężnego gotyckiego kościoła Piotra i Pawła. Stał tam jakiś człowiek wyglądający na zagranicznego turystę i popijał naszego Żywca. -I'm sorry, where did you buy this? Odwrócił się i lekko się zdziwił na widok kogoś obładowanego torbą plecakiem i bluzą pytającego go o piwo. -On the Polish side, on the right just after the bridge. O, jak dobrze. -Thank you very much, I'm so thirsty.. I dziękując Brytyjczykowi (miał ten akcent) przeszedłem przez Nysę i od razu za mostem kupiłem pierwsze lepsze piwo z lodówki. Nieważne, że 6zł za butelkę, ważne że mam co pić. Wróciłem z powrotem do Niemiec, bo tam jest wolność spożywania i z ulgą wychyliłem butelkę prawie na hejnał. Nigdy piwo mi tak nie smakowało, jak teraz...
         Na dokładkę wziąłem sobie jeszcze gałkowane lody w jednej z kamienic (0,80€ kula) i wróciłem przez rzekę do Polski. Jak tu dobrze, można w każdej chwili wyjść do biedronki i kupić sobie tyle picia, ile się chce. Nie myślałem, że kiedyś tak to docenię i to w dodatku nie po jakimś survivalu na Saharze, tylko po wizycie turystycznej w Niemczech. Przeszedłem teraz przez cały polski Zgorzelec do przystanku kolejowego Zgorzelec Miasto na wschodnim krańcu miejscowości. Niemiecki
Görlitz będę wspominał dobrze, oczywiście gdyby nie te upały i brak picia. Miasto ma niepowtarzalny klimat, ponieważ nie zostało zniszczone - w każdej części miasta można spotkać zabytki z różnych epok - gotyckie baszty i mury obronne, renesansowy ratusz, zaciszne brukowane uliczki z domami w średniowiecznym stylu, całe kwartały pięknych, odrestaurowanych kamienic z licznymi zdobieniami. Ale coś, co przykuwa uwagę najbardziej (tyczy się to całych Niemiec), to brak reklam. Nie ma tu syfiastych billboardów, plakatów zasłaniających kamienice, ulice są czyste, domy z dumą mogą pokazać swoje fasady nie będąc zakrywane przez żadne obskurne reklamy xero, sex-shopów czy szybkich pożyczek. A jeśli już jakieś logo czy witryna sklepu się zdarzy, to jest to tak subtelnie i minimalistycznie wykonane, że nie zaburza kompletnie wizualnej przestrzeni i aż miło patrzeć. Ordnung i tyle.
IMG 5689b

Bolesławiec i powrót do Zielonej

         Ze Zgorzelca Miasto odjechałem pełnym po brzegi szynobusem na Węgliniec. Tam czas na szybką przesiadkę i przeszedłem wraz z setką pasażerów przez teren dworcowy i usiadłem w nowoczesnym newagu relacji Lubań - Wrocław. Odjechalismy ok. 19:50, ale moja podróż nie trwała długo - po przejechaniu dwóch stacji wysiadłem w Bolesławcu o 20:10, a to dlatego, że stąd o 22:10 miałem PKS do Zielonej Góry (oczywiście, łatwiej byłoby mi ze Zgorzelca jechać na Zieloną, ale był kompletny brak połączeń, jedynie przez Bolesławiec jedzie nocny PKS Jelenia Góra - Szczecin przez Zieloną Górę). Wysiadłem na odnowionym bolesławieckim dworcu (który w środku z racji zielonych kafelków przypomina elegancki szalet :D ) i poszedłem na miasto, żeby zabić czas. Zrobiłem taki sam kurs jak w lutym 2015, żeby rozejrzeć się też za biletami. Spacer przez  Ogrodową->Słowackiego->Żwirki i Wigury->Łukasiewicza->Kościelna->Rynek zajął mi niecałe pół godziny, ale nie przyniósł tylu biletów co rok temu - wtedy udało mi się znaleźć ok. 30 sztuk w różnych cenach, teraz zaledwie dwa bilety po 1,30zł. Na Rynku usiadłem na schodach przed XVI-wieczną Bazyliką Wniebowzięcia NMP wzniesionej tuż obok głównego placu na Starym Mieście Bolesławca, które tym razem miałem okazję oglądać wieczorem, nie z rana.
         Zbliżała się powoli godzina odjazdu, więc poszedłem Sądową, Teatralną i przez kilka innych ulic zachodząc do żabek z nadzieją, że będą dostępne hotdogi, niestety o tej porze już nigdzie ich nie było. Z drugiej strony taki bardzo głodny nie byłem, więc wytrzymam do Zielonej Góry. Na PKS dotarłem już o zmroku i rozłożyłem się przy stanowisku 9. O 22:00 podjechał autobus, do którego oprócz mnie wsiadły trzy osoby, pokazałem internetowy bilet imienny i zająłem sobie miejsce w trzecim rzędzie od tyłu. Obłożenie średnie, ludzi niedużo, więc rozłożyłem się na czterech siedzeniach blokując korytarz, ale nie ja jeden tak zrobiłem :) Nastawiłem sobie budzik na 23:50, żeby obudzić się przed Zieloną Górą i chwilę potem zasnąłem po dniu pełnym wrażeń. Wrażenia jednak jeszcze się nie skończyły...

         Mój sen przerwał bieg autokaru, który z dużą prędkością najpierw wjeżdżał pod górę,
IMG 5707ba potem szybko zjeżdżał na dół. Skądś znam te wzniesienia... Budzik nie zadzwonił? Podnoszę się do pozycji siedzącej i patrzę w dal autobusu na czerwony elektroniczny zegar. 00:15. Patrzę przez okno i mimo prawie zupełnej ciemności poznałem od razu - dojeżdżamy właśnie do zielonogórskiego Ronda Rady Europy na krańcu miasta. Przespałem PKS. Przespałem Zieloną Górę. Świeżo wybudzony siedziałem otępiały na siedzeniu i siedziałbym tak pewnie do Sulechowa, ale po chwili się ocknąłem, bo przecież trzeba działać. Podniosłem telefon z ziemi (przez sen spadł pod siedzenie), zbieram wszystkie bagaże i lecę do kierowców, autobus właśnie wjechał na Trasę Północną. -Przepraszam , ja miałem wysiąść w Zielonej Górze, ale przespałem, nie wypuściliby mnie panowie? Jeden z nich na to nie odwracając wzroku od trasy -Następny przystanek Sulechów. 30 km dalej? Nie ma mowy. -Ale nie mogliby panowie mi tu otworzyć? Wszystko mam przy sobie, sekunda i mnie nie ma. Kierowca zwolnił, stanął na poboczu i otworzył drzwi. -No, to raz-dwa. Zbiegłem po schodkach, autokar zamknął drzwi i pojechał w dal. Stałem właśnie na wysokości Zielonogórskiej Strefy Ekonomicznej, więc przez głuchą i ciemną Trasę Północną przebiegłem na drugą stronę i poszedłem pod pierwszy lepszy przystanek, była to ul. Kostrzyńska. Patrzę na telefon - 3%. Urządziłem się, nie ma co... Północ dwadzieścia a ja stoję z bagażami i 3% baterii gdzieś na końcu miasta. Szybki telefon do babci, i w dziesięciosekundowym komunikacie podałem, że wszystko w porządku, wysiadłem przy strefie, zamówię taksówkę, rozładowuje mi się telefon, jak nie będę za pół godziny to dojdę na piechotę, pa. Błyskawicznie sprawdziłem w google pierwszy lepszy numer do taxi w Zielonej Górze, zapamiętałem te kilka cyferek, wstukuję, dzwonię, -Radio Taxi słucham. Dobry wieczór, bardzo proszę szybko taksówkę na strefę ekonomiczną, stoję pod wiatą na przystanku Kostrzyńska, na przeciw zakładu takiego i takiego. Zrozumiałam, już wysyłamy. Pani powiedziała z dość przekonywującym tonem, więc nie martwiłem się, że będę tam stał w nieskończoność. Rzeczywiście, czekałem może siedem minut, wśród tej głuszy, pustkowia, skrzydeł świerszczy i słabej latarni, taksówka skręcająca z dala w moim kierunku była jak zbawienie. Załadowałem się, pogadałem z kierowcą o przygodzie i kilkanaście minut później dojechałem pod dom babci w Zawadzie. Taksometr za taryfę nocną i w dodatku podmiejską naliczył 40zł. Podróże nie tylko kształcą, ale i kosztują... Byłem przygotowany na ten wydatek, bo i tak miałem wracać taksówką, tyle że spokojnie z dworca PKS, a nie w nerwach z jakichś przedmieść. Nie wiem, jakim cudem mój telefon wytrzymał na 3% zadzwonienie do babci, sprawdzenie taksówki w internecie i zamówienie jej chwilę później. Nieważne, byłem już w domu, wszystko skończyło się dobrze, jestem na miejscu. Co za dzień :)

 

Galeria zdjęć

 

         Od tej niedzieli 5 VII do piątku 10 VII siedziałem w Zielonej Górze. Miałem pomysł, żeby przejść się szlakiem jakiejś zamkniętej linii kolejowej, ale zawsze coś stało na przeszkodzie - trasa Sulechów-Świebodzin za długa (pow. 30km), a trasa Konotop - Nowa Sól, choć przystępniejsza odległościowo (ok. 22km), to wymagała jednak przejścia nieczynnym, zamkniętym mostem kolejowym przez Odrę, a wolałem nie ryzykować kąpieli w rzece. Nigdzie więc za Zieloną Górę się nie ruszałem, dopiero 10 lipca (w piątek) odjechałem o 17:44 nad polskie pobrzeże - z kilkugodzinnymi pobytami w Poznaniu, Słupsku, Koszalinie, Lęborku i Wejherowie dotarłem niemal dobę później (11 lipca o 17:20) do Elbląga, o czym można przeczytać w następnym opisie

10-11 VII 2015 - Poznań i Pomorze