środa, 22 11, 2017

4 VI 2015 - Leszno & Swarzędz & Poznań

         Kolejny większy wyjazd był możliwy dzięki długiemu weekendowi z Bożym Ciałem. Przewozy Regionalne wydłużyły ważność swojego biletu turystycznego, który był ważny od środy 3.06 od 18:00 do poniedziałku 8.06 do 6:00. Planując trasę kilka miesięcy wcześniej przyjmowałem, że Intercity również przedłużą ważność swojej oferty (bilet podróżnika) i z dwoma sieciowymi biletami chciałem odwiedzić Przemyśl, Tarnów, Brzesko, Chrzanów, Oświęcim, Bielsko-Białą, Inowrocław, Chełmżę, Grudziądz, Brodnicę, Toruń, Wałbrzych, Dzierżoniów, Wrocław i Zieloną Górę. Jednak około dwóch tygodni przed Bożym Ciałem Intercity potwierdziły,  że biletu nie wydłużą, więc musiałem przekształcić trasę. Kupiłem więc na cały wyjazd trzy bilety:
-bilet Lublin-Zielona Góra z trzema przesiadkami we Wrocławiu, Lesznie, Poznaniu (950km, 41,83zł)
-bilet turystyczny PR honorowany również w KW, KD, KŚ, ŁKA, KMŁ, Arriva (45zł)
-bilet Wrocław-Lublin z przesiadką w Bydgoszczy (777km,  40,32zł).

         Plan był następujący:
3.06 (śr) - odjazd nocnym pociągiem TLK 26200 'Karkonosze' z Lublina do Wrocławia (odj.20:16, przyj.05:12)
4.06 (cz) - przesiadka o 05:42 na IC68100 do Leszna, 1h30min na Leszno, przejazd IC65100 do Poznania, 6h na Poznań (w międzyczasie wizyta w Swarzędzu), popołudniu przejazd TLK70100 z Poznania do Zielonej Góry, przyjazd na miejsce o 18:27
5.06 (pt) - przejazd do Żagania, 2h na Żagań, przejazd do Wrocławia z przesiadką w Legnicy, 4h na Wrocław, powrót wieczorem regio do Zielonej Góry
6.06 (sb) - odjazd z Zielonej Góry do Wałbrzycha z przesiadką w Jeleniej Górze, 2h na Wałbrzych, przejazd do Dzierżoniowa Śląskiego z przesiadką w Jaworzynie Śląskiej, 1h40min na Dzierżoniów, przejazd o 17:40 do Kłodzka, 1h30min na zwiedzanie, wieczorem odjazd do Wrocławia i o 23:40 odjazd nocnym TLK 65200 z Wrocławia do Inowrocławia
7.06 (nd) - przyjazd o 5:00 do Inowrocławia, 1h30min, przejazd do Chełmży, tam 1h, potem Grudziądz również 1h, do Brodnicy - tam 2h i z Brodnicy odjazd do Torunia żeby złapać popołudniowy TLK 82152 'Rej' do Lublina, w Lublinie o 22:18.

         Tak wyglądał plan. A jak było naprawdę? Cóż, ostatniego dnia zaszły zmiany i musiałem zrezygnować z Inowrocławia i Chełmży, ale o tym będzie później.

 

3 czerwca 2015 (środa)

         Pociąg TLK 26200 'Karkonosze' relacji Lublin - Szklarska Poręba Górna odjeżdżał oIMG 3946 20:16. Przed odjazdem zrobiłem sobie małe zakupy żeby z głodu nie umrzeć; musiałem wziąć też coś na śniadanie, bo kolejnego dnia rano w Boże Ciało w Lesznie nie przewidywałem czynnych sklepów. Na dworzec przyjechałem oczywiście rowerem miejskim ze stacji obok Ratusza. Do odjazdu pociągu miałem niecałą godzinę (specjalnie przyjechałem wcześniej) i poszedłem do poczekalni podładować sobie telefon, bo zapomniałem tego zrobić do końca w domu - miałem jakieś 60%, a zapowiadała się noc w pociągu i całe Boże Ciało bez możliwości podładowania telefonu (nasze pociągi poza EIC, EIP i IC nie mają komfortu w postaci gniazdek). Podładowałem sobie tak do 80% i o 19:50 poszedłem już do wagonu zająć swoje miejsce przy oknie. Miałem przed tą podróżą lekkie obawy, bo pierwszy raz jechałem sam nocą w wagonie siedzącym - w kuszetkach nie ma problemu, za to wagony z miejscami do siedzenia są bardziej przystępne dla złodziei. W przedziale siedziało już kilka osób, ale im bliżej odjazdu, tym bardziej pociąg się zapełniał (zaczynał się przecież długi weekend). Odjechaliśmy w komplecie o 20:20 z kilkuminutowym opóźnieniem, bo w naszym wagonie w przedziale obok nie otwierało się okno, a było ciepło i duszno, więc jacyś fachowcy ze stacji musieli sie pofatygować i podważanie okna łomem zajęło kilka minut.
         Pasażerowie w przedziale to między innymi studenci i studentki, małżeństwo seniorów jadące do Kłodzka i taki koleś wyglądający na dresa. Wydał mi się mocno znajomy, jakbym już go gdzies widział. Myślę, myślę, ale nie mogę sobie przypomnieć. Patrzę na bilet - jedzie do Brzegu Dolnego (za Wrocławiem). Coś mi przeleciało przez głowę - no tak - to był jeden z budowlańców, z którymi podróżowałem w styczniu 2015 podczas ferii jadąc z Opola do Zielonej Góry. Ci, którym kierownik kazał opuścić wagon  :)  Na kolejnych mijanych stacjach był duży ruch i duże wymiany - w Dęblinie na różne pociągi nocne czekało nawet 100 osób. Po dwóch i pół godzinie jazdy dojechaliśmy na 22:30 do Warszawy i tu dużo pasażerów wysiadło - zostały dwa miejsca wolne. Wysiadła też studentka z Azji - zabrała torbę, pożegnała się i poszła. Tak patrzę na jej siedzenie - coś leży, jakiś paragon, ulotka, wizytówka? Biorę do ręki - międzynarodowa legitymacja studencka. O w mordę :) Szybko wybiegłem na korytarz i krzyknąłem do niej, bo akurat wyszła z wagonu. Odebrała kartę i bardzo podziękowała. A gdyby tak karta została? Wiele kłopotów chyba by miała, nie wiem.
         Odjechaliśmy z Warszawy i za Grodziskiem Mazowieckim zjechaliśmy na Centralna Magistralę Kolejową, jedną z najszybszych linii w Polsce. Nigdy jeszcze nie jechałem tą linią, ale niewiele zobaczyłem przez okno, bo ciemno było jak w piekle. Zbliżała sie powoli północ, zachciało mi się trochę spać. Obudziłem się o 2:00 w Katowicach.

4 czerwca 2015 (czwartek)

         Postój w Katowicach dłużył się i dłużył, w końcu przez megafon powiedzieli, że to z powodu mijanki z drugim pociągiem (taki sam pociąg co nasz, tylko w przeciwnym kierunku). Przyczyna była też zapewne druga - jakiś facet potrzebował pogotowia i konduktorzy musieli czekać na karetkę i siedzieć z nim na peronie kilkanaście minut. Nie wiem, co mu było - łapał się z bólem na twarzy za plecy, coś w tej okolicy, może kręgosłup albo nerki, kiepsko też chodził. Pogotowie się nim zaopiekowało, drugi pociąg przyjechał, więc i my odjechaliśmy, już z 25-minutowym opóźnieniem. Jakoś na chwilę odechciało mi sie spać i podziwiałem widoki za oknem - śląskie ceglane kamienice robotnicze oświetlane słabym światłem latarni miały przyciągający klimat - szczególnie o trzeciej w nocy przy stukocie kół pociągu. Muszę tu kiedyś przyjechać na kilka dni...
         Minęliśmy Opole około czwartej i zaczęło świtać. Wysiadłem we Wrocławiu Głównym o 5:20 - przeszedłem na odpowiedni peron i podjechał pociąg IC 68100 relacji Wrocław Gł. - Szczecin Gł. Zająłem swoje miejsce w wagonie bezprzedziałowym i chwilę potem poszedłem się odświeżyć. Umyłem zęby, opłukałem gębę i wróciłem zjeść śniadanie. Po półtorej godziny jazdy, w czasie której zacząłem czytać Zbrodnię i Karę, wysiadłem w Lesznie o 7:01. Pociąg do Poznania miałem o 8:27, więc miałem niecałe półtorej godziny. Leszno wita podróżnych nowoczesnym dworcem po modernizacji - obecny budynek powstał w 1971 i do czasu remontu był typowym socjalistycznym obskurnym klocem, coś na styl dworca w Raciborzu. Poprzedni dworzec był o wiele piękniejszy - istniał w latach 1857 - 1971  i był zbudowany w stylu neogotyku angielskiego, z wieżyczkami jak we Wrocławiu. Zrobiłem zdjęcie modelu dworca, który można oglądać w jednym z pomieszczeń, więc można zobaczyć jak wyglądał do 1971 roku.
         IMG 3980Z dworca poszedłem ulicą Słowiańską w kierunku Starego Miasta. Od razu po przejściu torów widać wiele pięknych kamienic na jednej z reprezentacyjnych ulic Leszna, ale słońce o 7 rano przy bezchmurnym niebie nie daje szans aparatowi. Poszedłem potem ulicą Jana Pawła II i Chrobrego w celu rozejrzenia się za biletami i na Stare Miasto wszedłem od strony Placu Kościuszki. Leszno ma bardzo ładny rynek z wysokim ratuszem - zabudowa centrum miasta wygląda jak typowe miasto z ziem zaboru niemieckiego do 1918 roku. Na rynku cicho, głucho, żywej duszy nie ma. W sumie jest Boże Ciało, ósma rano. Okrążyłem ratusz ze dwa razy, porobiłem dużo zdjęć fasadom kamienic i ulicą Słowiańską powoli zacząłem wracać w kierunku dworca. Przystanąłem jeszcze na chwilę przy jakiejś kamienicy, żeby zrobić zdjęcie. Zauważył to stojący obok lekko podpity facet i mówi do mnie '-piękne Leszno, co?', odpowiadam mu 'no pewnie, z Lublina przyjechałem pozwiedzać'. Wtedy gość bardzo się ożywił, ucieszył i uścinął mi rękę. Zaczął opowiadać, że uczył się w jakiejś szkole w wojskowej w Zamościu, zaczął też zapewniać jak 'go tu wszyscy znają, bo on tu jest słynny, on tu wszystko dla Leszna robi, podpisy dla Dudy zbierał, Kukiz go zna, Sznuk go zna i w ogóle on tu dba żeby był porządek i pogonić złodziei, i w ogóle to Bolek Andrzejewski jestem,lotnisko dla Leszna organizuję, wszyscy mnie tu znają, no młodzi, w was siła, zróbcie porządek, w was nadzieja, no'. Przez cały czas opowiadania historii trzymał mi rękę i potrząsał. Było to trochę niekomfortowe, bo nieuprzejmie byłoby z mojej strony się tak wyrwać, a pociąg odjeżdżał mi za dwadzieścia minut, więc jednak podziękowałem mu za rozmowę i powiedziałem, że już muszę iść, bo do Poznania jadę. Zaczął się powoli ze mną żegnać, ale szybko znalazł jakiś nowy temat i jeszcze przez minutę gadał dalej trzymając rękę. Poczekałem aż skończy wątek i zdecydowanie z uśmiechem powiedziałem 'no, to do widzenia' i zabrałem rękę. Tym razem ustąpił i pożegnał się ze mną. Spokój :)
         Na dworzec doszedłem dziesięć minut przed odjazdem. Posiedziałem na dworcu i poszedłem po zapowiedzi na peron. IC do Gdyni przez Poznań wjechał na peron i zająłem miejsce w swoim wagonie, który komfortem przypominał taką klasę 'lux-biznes' z lat dziewięćdziesiątych - wagon bezprzedziałowy, jakieś dywaniki, brązowe materiałowe siedzenia i kremowe wnętrze wagonu. Godzina do Poznania minęła szybko (mimo 5 min. opóźnienia w Kościanie) i wysiadłem o 9:40 pod poznańskim 'chlebakiem'. W stolicy Wielkopolski jestem dopiero po raz drugi (formalnie trzeci) - pierwszy raz byłem w 2007 w Teatrze Muzycznym (miasta nie widziałem), drugi raz w lutym 2014 (pół dnia miałem, prawie tylko tramwaje), więc dopiero teraz mam tu kilka godzin i całe miasto przed sobą. Plan wyglądał tak (zwiedzanie opierałem o korzystanie z poznańskich rowerów miejskich) - najpierw dojazd rowerem na Ostrów Tumski do Katedry na mszę na 10:00 (Boże Ciało), potem przejazd rowerem na pętlę Ogrody - kończą tam autobusy z Tarnowa Podgórnego i chciałem rozejrzeć się za tymi rzadkimi biletami. Z Ogrodów dojazd na dworzec i o 12:40 wsiadam w pociąg Kolei Wlkp. do Swarzędza. Godzina w Swarzędzu na bilety, powrót autobusem do Poznania i dwie godziny na zwiedzanie centrum miasta, potem o 16:35 już odjazd do Zielonej Góry.
         Po wyjściu z pociągu poszedłem od razu na stację roweru miejskiego przy dworcu. Pierwsze zaskoczenie to sposób wypożyczania rowerów - wszystkie są przypięte wyłącznie na łańcuch; elektryczne zamki nie istnieją, stoją tylko słupki. Przy wypożyczeniu dostaje się kod i system nalicza minuty od tego momentu. Żeby zwrócić rower, trzeba szybko na stacji przypiąć go na łańcuch i w automacie wklepać zwrot, wcześniej się logując. System bez użycia zamków wydał mi się dziwny i łatwy do oszukania - ludzie mogą zapamiętać kody dla łańcuchów konkretnych rowerów i wypożyczać je bez zostawiania informacji w systemie i bez opłat. A może taki jest cel tego systemu? Nie wiem, w Lublinie funkcjonują elektryczne zamki i wszystko chodzi sprawnie. Wziąłem rower i szybko pojechałem w kierunku katedry. Śmignąłem szybko przez ul. Święty Marcin i Marcinkowskiego, przejechałem Wartę, przypiąłem rower na stacji ICHOM i poszedłem do katedry. Na mszy ludzi niedużo - może ze trzydzieści osób. Po kościele poszedłem znowu na stację i wziąłem ten sam rower, żeby z przesiadkami dojechać na Ogrody. Zajęło mi to trochę czasu - jechałem z jakieś 25 minut. Na miejscu zastałem rozkopaną pętlę - tramwaje tu nie kończą, jest zastępcza komunikacja. Poszedłem na pętlę autobusów z Tarnowa Podgórnego, ale nie znalazłem nic ciekawego - jedynie jeden bilet normalny. Od śniadania w pociągu o 6 rano już upłynęło trochę czasu, więc poszedłem do najbliższej Żabki po hotdoga i cytrynową colę, która akurat była po 1,69zł/litr. Zjadłem na spokojnie i poszedłem z powrotem po rower. Z przesiadką na RooseveltaIMG 4045 dojechałem na dworzec i wsiadłem do podstawionego przy peronie I pociągu Kolei Wielkopolskich do Kutna przez Swarzędz i Konin. W pociągu z minuty na minutę robił się co raz większy tłok, przypadło mi miejsce stojące w korytarzu z innymi dziesięcioma pasażerami. Kontroler zrobił pierwsze skasowanie na moim bilecie turystycznym i pociąg ruszył. Do Swarzędza jedzie się tylko 15 minut - pociąg staje na Poznaniu Garbary, Poznaniu Wschód i Poznaniu Antoninek. W czasie jazdy w tłoku wielu ludzi kupowało bilety w automacie na korytarzu. Nie udało się to jednej studentce, która za bilet za 8,30zł do Konina chciała zapłacić wszystkimi 10- i 20-groszówkami jakie miała - automat cierpliwe przyjął już kilkadziesiąt monet, a gdy dobiło już do 7zł, wypluł wszystko z powrotem jak w automacie do gier. Spróbowała drugi raz, wrzuca cierpliwie minutę, dwie, trzy i znowu srru :D To już Swarzędz, wysiadam.
         W tym podpoznańskim miasteczku jestem po raz pierwszy. Chciałem poszukać tu trochę biletów, tym bardziej, że wszedł nowy wzór z hologramem. Minąłem ładny wyremontowany dworzec i poszedłem ulicą w dół w kierunku centrum. Na rynku stały dwa autobusy - chciałem kupić znajomemu kolekcjonerowi komplet czterech biletów u kierowcy, ale oboje odesłali mnie albo do automatu w pojeździe, albo do kiosku, bo kierowcy sprzedają paragony. Kioski niestety były zamknięte, ale poszedłem na główny plac w Swarzędzu i znalazłem jakiś spożywczy sprzedający bilety, ale tylko ulgowe. Dobre i to, kupiłem co było i poszedłem na ulicę Poznańską na przystanek. Swarzędz przypominał mi jakiś Konstatnynów Łódzki, ze względu na prostopadły układ ulic, małe ceglane kamienice robotnicze i parterowe domki. Pokręciłem się chwilę przy przystanku przy Poznańskiej i po chwili przyjechał przegubowy autobus 401 jadący do Poznania Śródka. Wysiadłem tam 20 minut później - podsumowując wizytę w Swarzędzu, udało mi się znaleźć około dwadzieścia biletów we wszystkich czterech cenach.
         Wysiadłem przy dworcu podmiejskim obok Ronda Śródka i poszedłem sobie w okolice jeziora Malta, gdzie wypoczywało wiele rodzin z dziećmi, jeździła też IMG 4082kolejka wąskotorowa Maltanka. Porobiłem parę zdjęć i rowerem podjechałem na Rondo Rataje. Tam znów wziąłem rower i szybkim tempem musiałem się dostać do stacji na 27 grudnia - zapamiętałem jak to wygląda na mapie i pojechałem. Mijam Wartę, mijam Półwiejską i nie wiem co dalej. Tu ulice z ogromnymi kamienicami, tam też, dopiero wtedy dotarło do mnie, jak Poznań jest duży :) Szybkie sprawdzenie na mapach i mijając Stary Browar i ulicę Ratajczaka dojechałem do stacji. Zostawiłem rower i poszedłem na Stare Miasto. Rynek o tej porze (15:00) tętnił życiem. Ogródki piwne i restauracje nie mogły pomieścić klientów. Mnóstwo turystów, zwiedzających, dodatkowo uliczni muzycy - to wszystko składało się na miły klimat. Pochodziłem sobie chwilę wśród tego przyjemnego hałasu, zrobiłem zdjęcia i przeszedłem całą ulicę Półwiejską, żeby dojść do rowerów. Biorę pierwszy z brzegu - loguję się, wpisuję pin, dostaję kod - kodem otwieram łańcuch i już wsiadam, ale patrzę na ten rower - łańcuch zablokowany. Super. Zwracam rower przypinając go łańcuchem i podchodzę do automatu, żeby wybrać zwrot. Automat zaciął się trzy razy, a dalej nabija mi minuty, a tu za chwilę pociąg mi odjeżdża. Dzwonię na infolinię - melodyjka przez dwie minuty, nikt nie odbiera. W końcu zdecydowałem się wziąć drugi rower na moje konto, a tamten zwrócę przez internet jak tylko będę miał dostęp do wifi (np. na dworcu, bo pakiet mi sie skończył, a miejskie wifi w Poznaniu jest jakieś lipne, nie łączy). Wypożyczyłem więc szybko drugi i błyskawicznie przejechałem ul. Królowej Jadwigi, St. Matyi, zniosłem rower po schodach w dół i szybko go przypiąłem, oczywiście zatwierdzając to w automacie. Idę na dworzec, sprawdzam konto nextbike - brak aktywnych wypożyczeń; tamto pierwsze feralne oznaczono jako 'nieważne'. Mogli od razu tak napisać na automacie, tak się tylko najadłem strachu, że nie zdążę :)
         Poszedłem na właściwy peron; TLK 70100 'Podlasiak' rel. Warszawa Wschodnia - Zielona Góra już stał na peronie i miał zmienianą lokomotywę. Zająłem swoje miejsce i odpocząłem siedząc bez ruchu przez pół godziny, czasem przysypiając. Pociąg w Zbąszyniu przekracza przedwojenną granicę Polski i znajdujemy się w woj. lubuskim. Skład mija m.in. Sulechów - dawną stację węzłową łączącą 5 linii: ze Świebodzina, z Poznania, z Wolsztyna, z Konotopu i z Czerwieńska (Zielonej Góry). Dziś jest tylko stacją przelotową na trasie Zielona Góra - Poznań. Zawsze, jak przejeżdżam przez takie stare dworce, wyobrażam sobie ich przeszłość, ilu ludzi musiało się napracować, by wznieść te piękne budynki, położyć tory, stworzyć tę wspaniałą sieć kolei, która służyła pokoleniom Niemców, a po 1945 Polaków, by dziś przez beznadziejne zarządzanie i niedbałość zarastać krzakami, rdzewieć, rozpadać się, butwieć... W lekko nostalgicznym nastroju wywoływanym przez widok niszczejących stacji powoli zacząłem zbliżać się do Zielonej  Góry. Czas podróży zleciał mi szybko dzięki lekturze - Raskolnikow zarąbał już starą lichwiarkę siekierą i zaczął mieć wyrzuty sumienia i niemal szaleć. Dostojewski świetnie opisuje stany psychologiczne ludzi, dzięki czemu Zbrodnię i Karę czyta się jednym ciągiem, jednoczesnie wywiera duże wrażenie na czytającym za sprawą wnikania w odczucia i duszę bohaterów.
         Pociąg minął Przylep i o 18:40 wtoczył się na zielonogórski dworzec. Stoję w kolejce do wyjścia z wagonu - pierwszy koleś otwierający próbuje otworzyć, szarpie się, ciągnie, aż w końcu przeczytał na drzwiach 'Drzwi nieczynne awaria'. Mieliśmy działające drzwi z drugiej strony, jednak nie prowadziły one na peron, ale bezpośrednio na tory - trzeba było zeskoczyć z wysokości, przejść przez tor po kamieniach i jest się na dworcu. Na taki sposób zdecydowało się jedynie kilka osób, w tym ja. Przecież nic nikomu się nie stało :)
         Nareszcie Zielona Góra. Poszedłem na przystanek i autobusem MZK 21 dojechałem do Zawady. Wieczorem przygotowałem się do kolejnego dnia - zwiedzania Żagania i Wrocławia. Podsumowując dzisiejszy dzień - podróż nocnym pociągiem odbyła się bez problemów, była nawet przyjemna. Leszno jak na miasto poniżej 100 000 mieszkańców sprawia wrażenie dość dużego i ważnego historycznie i administracyjnie. Niestety z biletami w tym mieście nie było łatwo - znalazłem tylko 5 sztuk - 1,35, 1,95x2 i 2,70x2. Swarzędz - przyjemne, spokojne miasteczko z ładnymi biletami i jeszcze ładniejszymi autobusami - swarzędzkie malowanie jest u mnie w pierwszej piątce w Polsce. Poznań - trzy, cztery godziny to jednak za mało, by poznać wszystkie zakamarki tego pięknego i wielkiego miasta. Nie zapamiętam jednak dobrze tutejszych rowerów. Nie dość, że ich wypożyczanie i zwracanie jest kłopotliwe, czasem zatnie się automat, to większość rowerów, którymi jechałem, była w kiepskim stanie - tu coś latało, tam coś stukało, ten brudny, tamten z podartym siedzeniem, z niedziałającymi przerzutkami. Miałem wrażenie, że ten system roweru miejskiego jest pozostawiony sam sobie, w dodatku spotkałem może poza mną tego dnia trzy-cztery osoby na tych rowerach, są dość niepopularne. Ciekawe jak będzie z rowerami kolejnego dnia we Wrocławiu :)

 

Galeria zdjęć z wyjazdu

Część 2/4 - Żagań & Wrocław