sobota, 18 11, 2017

25 III - 2 IV 2017 - International Planning Workshop Erfurt

 

Wstęp
   Kiedy kończyłem lubelskie liceum, nie wiedziałem jeszcze co chcę studiować. Miałem złożone papiery na historię na UW (na którą się dostałem), ale jednak po wspólnej naradzie z rodzicami wybraliśmy w lipcu Politechnikę Gdańską i Gospodarkę Przestrzenną na Wydziale Architektury. Był to ciężki wybór - zarówno historią i architekturą interesuję się w równym stopniu, ale ostatecznie padło na Gdańsk. Liczyłem na to, że po rozpoczęciu studiów zaangażuję się w jakieś koła czy inne akcje tego typu, które pozwolą mi w ramach studiów odbywać tematyczne wyjazdy związane z urbanistyką, gdyby jeszcze powiązane były w jakiś sposób z językiem niemieckim, który jakoś w ostatnich latach przypadł mi do gustu, to już w ogóle byłbym spełniony.
   W październiku 2016, podczas pierwszego tygodnia zajęć, na jedne z wykładów przyszła reprezentacja politechnicznego koła TUP Młodzi, przedstawili swoją działalność i zachęcili do dołączania. Dołączyłem. Parę spotkań inauguracyjnych, potem regularne zebrania co dwa tygodnie. W końcu w styczniu dowiedziałem się, że w marcu odbywają się tygodniowe warsztaty w Niemczech, na które pojedzie reprezentacja 7 osób z całej Politechniki Gdańskiej, pierwszeństwo mają ci z koła. Chętnych było trochę więcej, ale ostatecznie na początku marca dostałem informację, że jestem zapisany. Marzec upłynął mi na załatwianiu formalności (zaangażowałem się w organizowanie noclegów po niemiecku) i 25 marca byłem wraz z innymi gotowy do odjazdu.
   Dlaczego taki przydługi wstęp? Chciałem nim zaznaczyć, że nie uważam swojej drogi na studiach za przypadek. Od początku myślałem o takich tematycznych wyjazdach, a zaczynałem studia w mieście, w którym nikogo nie znałem, nie wiedziałem czy kierunek mi się spodoba, potem pojawiła się okazja dołączenia do koła, a koło umożliwiło mi wyjazd. I to jeszcze na tydzień do Niemiec. Ciche marzenie spełnione i to zaledwie w pół roku. Nie coś, ale Ktoś musi nade mną czuwać.

     A teraz do rzeczy. Wyjeżdżamy w sobotę 25 marca, wracamy w niedzielę 2 kwietnia. Temat warsztatów to "Meaning and Use of Public Space in a Diversified Society" (nowoczesność, teraz wszystko jest diversified). Niemiecka uczelnia FH Erfurt organizowała nam darmowe noclegi u innych studentów, mogliśmy też korzystać z taniej uczelnianej stołówki, więc jedynym kosztem do poniesienia był dojazd w obie strony - z Gdańska w tę i z powrotem wyszło ok. 210zł. Reszta we własnym zakresie. 

Aha, od tego momentu do relacji nie będę dorzucał galerii zdjęć, tylko będę wybierał kilkanaście najlepszych i wrzucał je do tekstu. Dlatego spokojnie, ten wpis w rzeczywistości nie jest tak długi na jaki wygląda :)

 

25 III 2017 - Odjazd

     Odjazd, dobrze powiedziane. Pociąg do Szczecina odjeżdżał o 5:56 z Gdańska Głównego, ale ja dzień wcześniej postanowiłem, że wsiądę o 6:08 w Sopocie, pośpię te kilka minut dłużej i nie będę musiał naginać do Gdańska. Pospałem. Obudziłem się o 6:00. Kiedy zobaczyłem co się stało, to aż mi się zimno zrobiło. Tyle przygotowań, zarezerwowanego czasu ma pójść na marne? W trzy minuty umyłem zęby, ubrałem się i spakowałem, o 6:03 już biegłem w kierunku Monciaka. Niestety, pociąg pomachał mi w oddali na wzgórzu i pojechał w stronę Gdyni. Ale nie wszystko stracone, wg rozkładu w Gdyni jest o 6:15 a odjeżdża do 6:30. Widzę taksówkę.
-Można z panem jechać?
-Dokąd?
-Widział pan ten pociąg co przed chwilą na Gdynię pojechał? To mój, da radę go złapać w Gdyni w 10 minut?
-Wsiadaj pan.

    Facet jechał 100 na godzinę żebym zdążył i tym sposobem o 6:27 wysiadam pod gdyńskim dworcem. Za tę przyjemność musiałem zapłacić 60zł, ale uratował mi wyjazd. Potem nudna podróż do Szczecina, w którym wysiadamy o 11 i mamy czas do 13:30. Byliśmy już w komplecie - 7 Polaków z PG, 6 Serbów z PG i 4 osoby z RPA, ale też z PG, bo są na Erasmusie. Przez dwie godziny w Szczecinie porobiłem na tyle na ile umiałem za przewodnika po nie swoim mieście, potem obiad w Galaxy i przed 14 odjechaliśmy FlixBusem do Berlina. Tam godzina przesiadki, o 17 odjazd do Erfurtu, gdzie meldujemy się po 20.

podr1

Wieczorna Turyngia z okna autobusu

 

     Po przyjeździe każda grupka 2-3 osobowa została odebrana przez swoich gospodarzy, po nas rowerem podjechał Konstantin. Parę lat starszy, wysoki koleś z Hannoveru, na szczęście, a zresztą jak każdy młody Niemiec, z płynnym angielskim. Mieszkał we wschodniej części miasta, na czwartym piętrze kamienicy przy Leipzigerstr. W środku czekało już kilka osób, znajomych i współlokatorów Konstantina. Umyliśmy się, ugościli nas kolacją (dużo mięsa po meksykańsku), a po godzinie dojechał do nas Bartek z Gliwic - trzeci tymczasowy współlokator, podczas warsztatów reprezentujący Politechnikę Śląską. Rozmawialiśmy długo o wzajemnych wrażeniach z Polski i Niemiec, ja jak to ja wtrąciłem coś o historii i z ciekawością wypytywałem ich o rodzinne historie z czasów przedwojennych (ich babcie pochodziły z Opola i Królewca, wysiedlone z rodzinami po 1945). I tak od słowa do słowa, Niemcy ugościli nas też piwem, a że Bartek przywiózł żubrówkę, to i Niemcy wyszli do sklepu po Partisana. To dopiero pierwszy dzień... 

 

 

26 III 2017 - Leipzig

    Zbiórka rano na dworcu kolejowym o 9. Przyszli już wszyscy uczestnicy warsztatów, a więc - kilkunastu Niemców (nie pamiętam dokładnie ilu, głowa gorzej pracowała), 13 Polaków (7 PG, 6 PŚ),  7 osób z Serbii, 6 osób z Turcji, 6 z RPA oraz jeden Amerykanin. Razem z kilkadziesiąt. Jedziemy nowiuśkim pociągiem, jazda trwa około półtorej godziny i o 11 wysiadamy na największym dworcu czołowym w Europie - Leipzig Hauptbahnhof. Krótka przerwa na jedzenie, potem w samo południe na starym mieście rozpoczynamy zwiedzanie urbanistyczno-architektoniczne aż do wieczora. Lipsk interesował nas głównie z tego powodu, że w ciągu ostatnich trzech dekad miasto przeżyło śmierć kliniczną i wróciło do życia. Po przemianach 1989, upadku ustroju socjalistycznego i zamknięciu zakładów, liczba ludności spadła w ciągu kilku lat o 100 000. Całe kwartały kamienic zaczęły zbierać kurz, życie na ulicach zamarło, a domy zaczęły grozić zawaleniem. Powstała jednak pewna inicjatywa, o której za chwilę. Dziś Lipsk ma 550 000 mieszkańców i jest największym miastem Saksonii (stolicą jest Drezno). Zdjęcia z opisami poniżej:

lip1
Augustusplatz z budynkiem Opery

 

 

lip2

'Instalacja artystyczna' przy Lindenauer Markt

 

 

lip3
Spotkanie z przedstawicielem organizacji Wächterhäuser - wspomnianej inicjatywy, która w pewien sposób zatrzymała postępujące pustoszenie miasta w latach dziewięćdziesiątych. Dzięki ich działalności możliwe było wynajęcie mieszkania lub kamienicy na bardzo dobrych warunkach, czasem wręcz za bezcen, a za pieniądze z niziutkiego czynszu remontowano kamienicę. W skrócie - miasto znów zaczęło się zaludniać, a XIX-wieczne domy przestały się walić.

 

 

lip4
Przykładowe kamienice na lipskim przedmieściu Plagwitz

 

 

lip5
Leipzig-Plagwitz i jego pomysłowi mieszkańcy - przeszkadzał im stary, niszczejący magazyn kolejowy i nieużytki wokół, więc z pomocą miasta budynek po magazynie przerobili na mieszkania, a w miejscu torów każdy ma teraz swój ogródek. Tylko oczywiście jakiś pajac musiał oszpecić białe ogrodzenie politycznym napisem.

 

Zwiedzanie kończymy około 19, przed 21 wszyscy meldujemy się w Erfurcie i rozchodzimy na miejsca noclegów. Tylko że byliśmy tak głodni, że pierwsze kroki skierowaliśmy na pierwszego podczas tego pobytu donera. W przydworcowym lokalu kosztował 4€, a jakością i wielkością niczym nie odbiegał od polskich, w tym wypadku może nawet i nasze lepsze. Mustafy z Berlina nic nie przebije.

 lip6 A tu tak na koniec dnia - spotkanie pokoleń na jednej z lipskich ulic

 

 

 

27 III 2017 - Erfurt

     W poniedziałek po raz pierwszy zebraliśmy się w murach Technische Fachhochschule Erfurt, gdzie od 9 do 12 słuchaliśmy prezentacji dotyczących przestrzeni publicznych i tego jak wyglądają one w Niemczech, Polsce, Serbii, Turcji, Południowej Afryce i USA. O 12 mieliśmy przerwę na obiad, a potem zaplanowana była objazdówka tramwajami po mieście i jego głównych placach. Podczas tego obiadu na szkolnej stołówce miałem nieprzyjemność wysłuchiwać przez pół godziny rozmów politycznych, które rozpoczął niemiecki student, kiedy tylko usiedliśmy wspólnie z jedzeniem przy kilkuosobowym stole. Właśnie mamy okazję się poznać i nie o podróżach, nie o językach, tylko o polityce. Dowiedziałem się, że uchodźcy są welcome, because we made them poor (!), oraz porównywanie wszystkich od lewej do prawej do Hitlera - Trump, Putin, Erdogan, Orban, nowo wybrany prezydent Serbii, może nawet i któremuś z naszych się oberwało - nie pamiętam, nie obchodziło mnie to. Jadłem obiad. Komisarz Montalbano z powieści kryminalnych Camilleriego był gotów dać w mordę każdemu, kto będzie go niepokoił rozmową podczas jedzenia i to jeszcze na tak podłe tematy jak polityka. Ja postanowiłem się jedynie nie odzywać i skończyć klopsiki. To tak gdyby ktoś się zastanawiał co myślą młodzi Niemcy o obecnej sytuacji geopolitycznej w Europie.
     Dobra, jedziemy. Erfurt - stolica landu Turyngia, 200 000 mieszkańców. Piękne miasto, bo niezniszczone przez wojnę. Stare miasto pełne jest domków w stylu Fachwerk, jest Katedra, obok kościół św. Sewera, a nad Gerą leży jedyny na północ od Alp w pełni zabudowany średniowieczny most - Krämerbrücke. Jakby uliczka, ale nad rzeką. A teraz parę zdjęć:

errf1
Nasza multikulti ekipa na wzgórzach Zitadelle Petersberg, w tle dachy pięknego średniowiecznego Erfurtu i obskurne klocki lego Honeckera

 

 

errf2
Po lewej Altstadt, po prawej Mariendom, a w głębi po środku Domplatz - Plac Katedralny, niestety pokryty namiotami wesołego miasteczka

 

 

errf3errf4
Sznapsiki na jednym ze staromiejskich parapetów i widok w Marktstraße. Właśnie w Niemczech doświadczyłem pierwszej fali wiosnolata w 2017 - przez caluśki tydzień mieliśmy ciepłe słońce i okolice 20 stopni

 

  Zwiedzanie przestrzeni publicznych zakończyliśmy na Hirschgarten - dużym skwerze na południe od starego miasta. Coś pięknego, niestety zapomniałem tam zrobić zdjęcia. Dzieci biegają po placu zabaw, starsi siedzą obok na ławkach, jakieś tureckie łebki kopią piłę, na zielonej polanie para rzuca sobie frisbee, a reszta młodych siedzi w grupkach na rozłożonych kocykach i słucha muzyki popijając piwo, nikomu nie przeszkadzając. I to wszystko w jednym miejscu, na zielonym placu w sercu miasta pośród kamienic. Nie żebym teraz stał się wielkim kosmopolitą, ale gdzie u nas mamy coś takiego? Trochę naszych miast odwiedziłem i nic nie przychodzi mi do głowy.
     Niemki zaprowadziły nas na kolację do Ibras przy Meienbergstraße, kuchnia sudańsko-orientalna. Bardzo oblegane miejsce, staliśmy w kolejce aż przed lokal (no dobra, w większości sami ją stworzyliśmy). Za 4,50€ dostałem köfte - bułę podobną do kebaba, z tym że mięso było w postaci wołowych pałeczek podobnych do frytek, był ser halloumi też w podobnym kształcie, do tego trochę zieleni i sosy do wyboru - mają też orzechowy. Dobre. Zjedliśmy w ciekawym miejscu-placu za mostem Krämerbrücke, nad brzegiem Gery, z widokiem na piękny średniowieczny most. Siedziało tam mnóstwo, ale to mnóstwo ludzi, żeby zjeść, wypić, odpocząć, poleżeć, pogadać, cokolwiek. Miejsce jest bardzo popularne, ale nie ma nazwy - Niemka powiedziała mi, że kiedy się tu umawiają, to umawiają się po prostu 'hinter die Krämerbrücke' - tam, za mostem. Okolica spodobała mi się do tego stopnia, że nie daję zdjęcia, bo postanowiłem tu przyjść za dwa dni na parę godzin i porysować. Znajdę czas.

 

 

28 III 2017 - Weimar

     Znów spotykamy się na dworcu kolejowym i przed dziesiątą odjeżdżamy dojczebanem do Weimaru. Jest to miasto położone 20km na wschód od Erfurtu, 65 000 mieszkańców, a słynie z dwóch powodów - to tu w 1919 roku obradowało zgromadzenie narodowe, które doprowadziło do powstania Republiki Weimarskiej (no właśnie), a poza tym miasto jest kolebką bauhausu - modernistycznego kierunku w architekturze, który po dojściu do władzy Charliego Chaplina został zakazany w Niemczech, a jego twórcy (przede wszystkim Walter Gropius) musieli emigrować do USA. Parę zdjęć z miasta:

wei1
W jednym z tych domów żył i tworzył Johann Wolfgang Goethe

 

 

wei2
Przewodnik opowiada o mebelkach w gabinecie Waltera Gropiusa

 

 

wei3   wei4   wei5
Parę ujęć ze środka uniwersytetu

 

    Zwiedzanie skończyliśmy około 17stej i dostaliśmy wybór - możemy wracać do Erfurtu, albo zostać dłużej w Weimarze i wrócić na własną rękę. Ja z kilkoma osobami wróciłem, tylko najpierw w weimarskim aldiku zrobiłem sobie zakupy na kolejne dni - trochę popłynąłem przez ostatnie dni na codziennym jedzeniu na mieście, więc za 10€ kupiłem dużo filetu z kurczaka, kukurydzę, bagietkę, sałatę, jakiś sos i tym sposobem wystarczyło mi jedzenia na pełne dwa dni. Wieczorem pokazałem moją stronę naszym gospodarzom i poprosiłem Konstantina, żeby zajrzał do działu Miasta wczoraj i dziś i zweryfikował poprawność niemieckiego tekstu. Siedzieliśmy wspólnie pół godziny uzgadniając to, co ma być w zdaniach zawarte i dzięki temu mam od tamtej chwili w pełni poprawny (tak myślę) opis dotyczący niemieckich miast, przeredagowany przez rodowitego Niemca. Dziękuję Konstantin!

 

 

 

 

29 III 2017 - Erfurt cz. 1.

   Można powiedzieć, że dopiero w środę rozpoczęliśmy warsztaty w pełnym tego słowa znaczeniu. Zostaliśmy podzieleni na grupy i każdej z grup przydzielono po jednej przestrzeni publicznej w mieście. Nasza polsko-niemiecko-turecko-serbska sześcioosobowa grupa dostała Domplatz, czyli Plac Katedralny, na którym właśnie rozkładało się wesołe miasteczko. Po wspólnym spotkaniu na uniwersytecie przeszliśmy się tam na piechotę, najpierw porobiliśmy trochę zdjęć, pozapisywaliśmy wrażenia i zdecydowaliśmy, że będziemy pytać ludzi o opinie co sądzą o tym miejscu. Niemcy mieli łatwiej; nam, innostrancom, ciężej było znaleźć osoby anglojęzyczne. Paru młodych spytaliśmy, trafiła się też wycieczka amerykańskich seniorek, gdzie z łatwością udało nam się wszystko zrozumieć (przyleciały na wycieczkę do Niemiec śladami M. Lutra, w końcu to 500-lecie reformacji, Domplatz i okolica im się podobała, zdziwione były tylko ogromnym i głośnym wesołym miasteczkiem rozstawionym tuż pod katedrą, ja zresztą też). Innym razem wypatrzyłem jakąś młodą kobietę z wózkiem, więc pomyślałem, że skoro młoda to angielski da radę, ale niestety ich verstehe sie nicht, a że ja nie za bardzo wiedziałem jak poprawnie przedstawić jej po niemiecku co robimy, to powiedziałem że dziękuję i miłego dnia. Popytaliśmy jeszcze z godzinę i na dziś skończyliśmy. A wieczorem pizza evening zorganizowany na uniwersytecie. Aśmy pojedli.

nerf1
'Wesołe' miasteczko pod katedrą. Ohydne, co?

 

 

 

 piz"Średnia hawajska dla każdego!" ~ Domino Jachaś

 

 

 

 

30 III 2017 - Erfurt cz. 2.

   Dziś też zaczęliśmy dzień od spotkania przy Domplatz, najpierw kawa o 9:30, a potem przeszliśmy do pytań. Ludzie odpowiadali dosyć ogólnikowo, na pytanie 'co Ci się tu podoba' odpowiadali wszystko, bardziej kreatywne odpowiedzi padały przy pytaniu 'co byś tu zmienił' - niemal wszyscy zgodnie proponowali więcej miejsc do siedzenia, może zacieniającą zieleń. Wróciliśmy z wynikami na obiad na uniwersytet, a ja po jedzeniu postanowiłem, że idę rysować. Spytałem parę Niemek gdzie znajdę jakiś papierniczy, nakierowały mnie na Anger, czyli dosyć duży plac i węzeł tramwajowy w jednym. Znalazłem sklep Idee, szkicownik kosztował mnie 5€, wziąłem bez zastanowienia. Przydałoby się też jakieś piwko, a że akurat znalazłem na chodniku 1€ to już wiedziałem, że na sucho nie będę stał. I tak sobie postałem, od 15 do 18, do momentu aż zaczęło się zmierzchać. Stanąłem przy barierkach nad rzeką, odłożyłem plecak, i po złapaniu dobrego widoku zacząłem rysować, w międzyczasie obserwując ludzi. Tak, to jest to miejsce 'za mostem' - są tu wszyscy. Młodzi na wysepce, starsi na ławkach, matki z dziećmi rozkładają kocyki na trawie, każdy odpoczywa i korzysta z tego stworzonego dla ludzi miejsca. Stworzonego też i dla mnie, bo stojąc tam i rysując czułem się, jakbym miał wszystko co do szczęścia potrzebne. Nikt nic ode mnie nie chce, nikt mnie nie zaczepia, raz tylko jeden starszy Niemiec patrzył mi zza głowy, a kiedy się odwróciłem odpowiedział 'Entschuldigung, schön, schön'. To chyba znak, że idzie mi to coraz lepiej. 

rys1
10 minut wstępu...

 

 

rys2
...i koniec po trzech godzinach

 

 

    Zaczęło się ściemniać, więc wróciłem na piechotę do mieszkania i miałem zostać, ale po drodze usłyszałem znajome krzyki z kampusu (nasze mieszkanie było 2 min. od uniwerystetu), więc odstawiłem rzeczy i dołączyłem do nich. Intergracja zaczęła się świeżo po zmroku, była polska bison grass vodka, każdy miał jakieś piwa, ale kiedy już wszyscy pokończyli co mieli, to ruszyliśmy w kierunku starego miasta. Miałem ostatnie 5€ i już chciałem rozplanowywać centy na każdy dzień, ale momentalnie się zreflektowałem. Co ja robię? Mam 20 lat. Jestem w Erfurcie, w środkowej Turyngii, piję polską wódkę z Zulusami z RPA, z Serbami śpiewamy Djurdjevdana, Niemcy uczą się polskiego. Kiedy, o ile w ogóle, będę przeżywał w życiu coś podobnego? Wspomnienia z takich wyjazdów zostają na całe życie, więc nie będę w takich momentach oszczędzał i wypłaciłem sobie trochę euro. Wydam, nie wydam - lepiej mieć, bo wieczór zapowiada się ciekawie.
    Pod jednym ze sklepów poznaliśmy kilku przypadkowych młodych Niemców, na początku rozpoznawcza gadka, dwie minuty później uczyli się słowiańskiego przykucu. Nie wyglądali na zbyt bystrych, ale gadali po angielsku, mieli dobre humory, więc dołączyli. Poszli z nami na stare miasto, ale widzę, że Erik, student-gospodarz z Erfurtu, 'przewodnik' naszej nocnej wycieczki, nie był z tego faktu zadowolony. Pytam go o co chodzi, a on na to, że to jacyś głupi naziści. Podobno kiedy ta grupka nowych Niemców usłyszała skąd jesteśmy - czyli głównie Polska i Serbia, to powiedzieli do siebie, że 'o, czyli zupełnie jak na budowie'. Erik to usłyszał i był na nich naprawdę wkurwiony. Mi za to chciało się śmiać - ja też w miarę zrozumiałem, o czym ci Niemcy sobie żartowali, ale do głowy mi nie przyszło się na to obrażać. Prychnąłem nawet pod nosem, a Erikowi powiedziałem, że to bez sensu, żeby się bardziej denerwował niż my, 'obiekty drwin'. Bo co to za drwina? Raczej prawda w lekko zakrzywionym zwierciadle. 'Okay, but they're idiots anyway and they should get the fuck out'. No dobra, rozumiem chłopaka, może głupio mu przed nami wszystkimi, że jego rówieśnicy, rodacy wręcz, prezentują mało ambitny poziom i ogólnie robią siarę, bo rzeczywiście, tak polecieli w balet z naszymi białymi Afrykańczykami z RPA, że aż tramwaj nie mógł przejechać. Ja dokończyłem wspólnie ze wszystkimi kebaba, zaszedłem na godzinę do pubu Speicher i jakoś po pierwszej wróciliśmy ze współlokatorem do mieszkania na Leipzigerstraße.

 

 

 

31 III 2017 - Erfurt cz. 3.

     Dziś nadszedł dzień podsumowania. Po raz ostatni zebraliśmy się wszyscy na uczelni, ostatnie chwile na dopracowanie naszych prac dotyczących przestrzeni publicznych. Każda grupa prezentowała potem przed wszystkimi efekty swoich spacerów i rozmów z mieszkańcami, podzieliliśmy się wspólnymi wnioskami i na koniec każdy dostał po certyfikacie uczestnictwa w międzynarodowych warsztatach. Po oficjalnym zakończeniu tygodniowych warsztatów przenieśliśmy się w miejsce, gdzie od 15 organizowany był pożegnalny grill. Tak naprawdę to dopiero dziś na dobre poznałem się ze wszystkimi - najbardziej zżyłem się z Serbami, szczególnie z takim ziomkiem Milutinem, no można powiedzieć, że trafiły na siebie słowiańskie dusze. Są razem z Zulusami na Erasmusie w Gdańsku, także miałem nadzieję, że nie widzieliśmy się wszyscy ostatni raz. To prawda - od tamtej pory wspólnie spotykamy się w trójmieście - raz Serbowie i ja gościliśmy u Senzie i Lwaziego (RPA), a potem ja zaprosiłem ich do siebie. Z każdym takim spotkaniem i z każdym litrem rakiji dowiadujemy się od siebie coraz więcej, uczymy się historii, języków, kultury i tak dalej. I tak się trzymamy aż do dziś (czerwiec 2017), a potem oby jak najdłużej.

pods1pods2
Od świtu do zmierzchu i od zmierzchu do świtu - na pierwszym zdjęciu na lewo ode mnie pod czapką kryje się wspomniany Erik, na drugim zdjęciu Senzie trenuje słowiański przykuc

 

 

pods3
Tego samego dnia, kilka godzin później - Lwazi ujeżdża Milutina

 

 

 

 

 

1 IV 2017 - Berlin

A więc koniec. Pożegnaliśmy Erfurt o 10, Berlin przywitaliśmy o 14, trochę pozwiedzaliśmy już tylko w polskim, siedmioosobowym gronie, ale że nie działo się już nic szczególnego, to wstawię tylko jedno zdjęcie.

ber1

 

 

 

 

2 IV 2017 - Powrót do Polski

Rano opuściliśmy Berlin i wieczorem byliśmy w Gdańsku. Rozgadałem się wcześniej, więc teraz krótko i na temat. 

 

 

 

Podsumowanie

   Cóż. Streszczę parę najważniejszych rzeczy, które udało mi się zauważyć i połączyć to jakoś z własnymi wrażeniami. Zacznę może od rzeczy powiązanej tematycznie, czyli od przestrzeni publicznych. Miasta. Odwiedziliśmy łącznie Lipsk, Weimar, Erfurt i Berlin, we wszystkich poza tym ostatnim byłem po raz pierwszy. Nie da się ukryć, że tamtejsze miasta naprawde tworzone są dla ludzi. Wspomniane place, miejsca spotkań, to wszystko zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Widać też, że miasta przestawiają się na pieszych i chodząc po centrum starego Erfurtu nie trzeba się bać, że rozjedzie cię samochód. Jak tak sobie pożyłem przez niecały tydzień w erfurckiej kamienicy i chodziłem gdzie chciałem, to rzeczywiście daje się odczuć, że więcej tu wolno. To samo jest z piwem w miejscach publicznych - niby u nas też się da, ale tutaj przynajmniej wiesz, że możesz i nie musisz się rozglądać co minutę za pałami żeby nie dostać mandatu. Idziemy dalej - ci słynni uchodźcy i imigranci. Tak, jest ich tu trochę. Im większe miasto, tym większy odsetek. Ale nigdzie, ale to nigdzie nie widziałem, żeby którykolwiek śniady lub czekoladowy książę stwarzał jakiś problem. Jedyną nieprzyjemną sytuację miałem w berlińskim metrze, bo szturchnęła mnie biała zapijaczona narkomanka z fioletową twarzą, tego samego dnia wszystko wyprałem. Murzyni i mulaci - pełna kultura.
     No, to chyba na tyle z takich naocznych wrażeń. Wróciłem oczywiście z nowymi znajomościami, nową wiedzą, nowym doświadczeniem. Chciałem tu podziękować wszystkim, dzięki którym ten wyjazd stał się możliwy. A jak tylko sobie przypomnę, że to wszystko mogło mnie ominąć, bo wstałem o szóstej... Ale udało się. I dobrze!