sobota, 18 11, 2017

17-19 lutego 2017 - Pieszo z Dusznik do Kudowy przez Szczeliniec

Posesyjny wstęp

IMG 20170208 142450 588    Dałem radę. 7 lutego we wtorek skończyłem wszystkie egzaminy, wieczorem to uczciłem. Wstałem 8 lutego w środę o 10 z bardzo dobrym samopoczuciem (pomogło mi to, że dużo wczoraj jadłem), zero dyskomfortu, tylko kiwałem się jeszcze przez godzinę jak wańka wstańka. Patrzę za okno - piękna, śnieżna, bajkowa zima. Prysznic, plecak, kierunek lotnisko, o 14 już jestem w Warszawie. Spędziłem tam dwa dni u znajomych z Lublina studiujących na UW i SGGW, zwiedziłem po raz pierwszy Łazienki, pokonałem sznycla w Bazyliszku na Rynku, a w piątek 10 lutego pojechaliśmy do Lublina na urodziny koleżanki. Sobota 11 lutego to moje urodziny. Niedziela 12 lutego to poprawiny. Maraton...
     Posesyjne świętowanie i okres odpoczynku skończyłem w piątek 17 lutego. Miałem już wracać do Sopotu, ale dlaczego nie odmówić sobie jakiegoś Dolnego Śląska? Wpadłem na pomysł pojechania do Dusznik-Zdroju i przejścia na piechotę do Kudowy-Zdroju zachodząc po drodze na Szczeliniec Wielki. Zimowa trasa miała wynosić około 30km. Robiłem już takie marsze, ale w lato i nie w pojedynkę. Tym razem nikt nie miał czasu, albo chęci. Wygląda na to, że albo zrobię to sam, albo wcale. Przygód nie przewidywałem, tuneli kolejowych też, ale kto wie co może się zdarzyć, kiedy idzie się 30km samemu po Sudetach. Trzeba spróbować.
     Odjeżdżam z Lublina w piątek wieczór 17 lutego do Warszawy, tam godzina przesiadki, zestaw BigMac za dychę i po 22 odjeżdżam do Kotliny. Pora na przygodę.

 

18 lutego 2017 - Duszniki -> Szczeliniec -> Kudowa

 Trasa1Wysiadam około dziewiątej w Dusznikach Zdroju. Jak dotąd byłem tu tylko raz, gdzieś na początku tego tysiąclecia, więc mało już pamiętałem. Idę do miasteczka, okrążam Rynek, jakieś szybkie śniadanie i zaczynam marsz do zmierzchu. Naprawdę, gdybym miał opisywać wszystko po drodze to zanudziłbym nawet samego siebie. Przejdę więc od razu do podsumowania - wszystko się udało.
Wyznaczyłem sobie kilka głównych punktów na trasie, co pozwoliło mi nie myśleć o tym, że jeszcze 28 kilometrów i 6 godzin. Po starcie z Duszników były to:

-rozwidlenie za kościołem w Łężycach (potem odbijałem ścieżką w prawo i szedłem Parkiem Narodowym Gór Stołowych);

-skrzyżowanie z DW 387 - dalej znów szedłem PN, z tym że zaczęły się już wysokości, śnieżne zaspy po kolana (tak, wpadłem parę razy, nawet raz po pas, ale to z własnej głupoty) i mgła. Dużo mgły.

-wioseczka Karłów - prawie najwyższy punkt na mapie obok - to właśnie z tej wioski prowadzą szlaki na Szczeliniec Wielki.

 

Po zdobyciu i zejściu ze Szczelińca nie było już znaczących punktów orientacyjnych. Zostało mi po prostu 10 kilometrów marszu Drogą Stu Zakrętów (DW387) przez lasy. Do centrum Kudowy-Zdroju trafiłem po 17:00. Piesek się wybiegał. A teraz parę zdjęć z trasy:

 zdj1
10:38 - Rozwidlenie w Łężycach. Na lewo serpentynowa droga na Karłów, na prawo asfaltowa ścieżka prowadząca do PN Gór Stołowych

 

 

zdj2
11:27 - Jeden z wielu zielonych kamulców w PN G.S. nieznanego mi pochodzenia (matura z geografii na 80%, ale geologii nie trawiłem jak wątróbki)

 

 

zdj3
11:56 - Mgliste wzgórze tuż przed samym Karłowem (szlak żółty, obok Fortu Karola)

 

 

zdj4
13:20 - Szczelniec Wielki (919 m.n.p.m.) zdobyty zimą

 

 

zdj5
15:32 - Niekończąca się Droga Stu Zakrętów

 

 

zdj6
19:10 - Park zdrojowy w Kudowie-Zdroju nocą

 

Tu, jeśli komuś mało - pełna galeria zdjęć z wyjazdu

 

        Na obiadokolację poszedłem do "Restauracji Cafe Domek" - miała dobre opinie w internecie, więc postanowiłem spróbować. Rzeczywiście miejsce popularne, lokal piętrowy, mogłem sobie podładować telefon, a co do jedzenia - wziąłem jakąś węgierską zupę, kawał mięsiwa z frytkami i piwo. Byłem tak głodny, że rachunek wyjątkowo nie grał roli, ale przy innej okazji zastanowiłbym się dwa razy - za obiad zapłaciłem tam 56zł. No nic, nieczęsto zdarza mi się jeść zimą w Kudowie po długim marszu przez góry. Jak to śpiewał Sokół - okoliczności są wyjątkowe.
     
Minęła 19, zmierzam na dworzec, który w Kudowie leży kawałek od centrum (ok. 2,5km, za drogą krajową 8). O 19:54 odjechałem składem lokomotywa+wagon na północ, zadowolony z tego dnia. Zdobyłem Szczeliniec Wielki zimą, przeszedłem się po Sudetach, podjadłem sobie, jeszcze telefon w pociągu mogę podładować. Fajnie, co? Fajnie, ale tylko do Wrocławia. Wjeżdżamy o 22:30 na pełny peron, w oknach migają mi białe kaski, jest głośno. Drzwi się otwierają, robi się co raz głośniej. Mój wagon jest szturmowany przez pijane, łyse bydło w biało-zielonych szalikach, 
         Ruszamy z Wrocławia po 23. Do mnie dosiadł się jakiś dziabnięty glacuś, jego partner siada po drugiej stronie korytarza. I dalej, jak nie zaczną drzeć mordy do siebie. To jeszcze nic, nakładam słuchawki i próbuję myśleć o czymś innym. Myślałem o resztkach szacunku, jaki można mieć do tych ludzi. I za co można go mieć. Jednak to wszystko na darmo, słyszę, jak dwa rzędy z przodu jakiś ośmiolatek pyta się o coś swojej mamy. Na to jedna z łysych pał otwiera swoją zapijaczoną paszczę i krzyczy do dziecka "zamknij ryja kurwa", a jego partner siedzący obok mnie śmieje się do czerwności. Te człekokształtne nie zasługują na żaden szacunek. A różnicy między kibicem a kibolem chyba nie trzeba tłumaczyć.
         Zbliża się 2 nad ranem, dojeżdżamy do Poznania. Łysa pała zasnęła jeszcze w woj. dolnośląskim. W przejściu. Zwyczajnie zsunęła się z siedzenia. Jego partner sprowadził go do pionu, usadził z powrotem na miejscu (obok mnie) i znów obaj poszli spać. Chwilę później śnięty łysy zasnął na dobre na moim ramieniu, zionąc mi regularnie oparami alkoholu etylowego w twarz. Poznań Główny, wysiadam rozprostować kości. Wstaję szybkim ruchem, łysa pała osunęła się w pustkę i przypieprzyła baniakiem w parapet. Nawet oka nie otworzył, spał dalej. Po powrocie ze świeżego powietrza wybieram sobie już spokojny wagon i tak dojeżdżam na rano do Tczewa, skąd o 10 ląduję w rodzinnym Elblągu. Mija kilka dni, wracam do Sopotu, zaczyna się drugi semestr. Już z górki, będzie tylko cieplej, tylko lepiej.