sobota, 18 11, 2017

29 grudnia 2016 - Odessa

IMG 0556     Pobudka, to już Odessa. Wysiadających na tej czołowej stacji wita dworzec z napisem "Łaskawo prosymo w gorod-geroj Odesa!". Tytuł ten nadał miastu Stalin w 1945 roku za postawę obronną w czasie wielkiej wojny ojczyźnianej, do dziś w budynku dworca można zauważyć radzieckie gwiazdy. Dworzec wewnątrz też robi wrażenie - jest to XIX-wieczny budynek z mnóstwem wyremontowanych sal, niekiedy z pokaźnymi żyrandolami. Jest też wifi i toaleta, z której od razu poszliśmy skorzystać, bo nie zdążyliśmy w pociągu przed sanitarną zoną. Nie udało mi się znaleźć pryszniców, a że szkoda nam było czasu (w Odessie mieliśmy tylko 8 godzin), to zdecydowaliśmy, że wykąpiemy się we Lwowie, a teraz poszliśmy się tylko odświeżyć. Do toalety znajdującej się w budynku dworca wchodzi się od strony peronów. Wstęp to 5,-UAH (dużo jak na Ukrainę), ale nie polecam związywać się z tym miejscem na dłużej niż 2-3 minuty, bo sprawy załatwia się tu na Małysza. Szybkie umycie zębów przy względnie czystej umywalce, może krótkie poranne odcedzanie, ale nic więcej, no chyba że ktoś naprawdę musi. Wszyscy się odświeżyli? To idziemy na śniadanie.
         Okolica dworca jest taka sama jak wszędzie indziej na wschód od Bugu - dziesiątki marszrutek, przydworcowe targi i rozklekotane przegubowe trolejbusy. Nie przygotowaliśmy się za bardzo z kulinarnej mapy Odessy, więc poszliśmy przed siebie na północ; co znajdziemy - tam się zatrzymamy. Ledwo weszliśmy w ulicę Puszkińską, a po lewej już swoim szyldem zaprasza nas kawiarnia Lviv Handmade Chocolate. Wyszło na to, że nawet jeśli ze Lwowa wyjedziemy, to on pojedzie za nami. Miejsce jest bardzo przyjemne, byliśmy na początku pierwszymi klientami, dopiero potem zaczęły się schodzić elegancko ubrane panie w różnym wieku. Kawy były w cenach ok. 30 UAH, a były naprawdę dobre - ja wziąłem cynamonową, Luidor po wiedeńsku a Naja poza kawą dobrał jeszcze kilka ręcznie wyrabianych pralin za ok. 20 UAH sztuka. Niestety lokal poza kawą żadnych śniadań nie oferował, więc zjedliśmy po cichu kanapki z podróży i po zameldowaniu się w internecie dzięki kawiarnianemu wifi wróciliśmy w okolicę dworca. Padło na McDonalda - cheeseburger z bekonem na wynos kosztował 26 UAH. To drogo, jeśli weźmie się pod uwagę, że to około 4,5 złotego, z tym że tu jest Ukraina. No ale nic to, przynajmniej jest jakaś nowość. 
          Jest już po jedenastej, czas na główną część programu - Morze Czarne. Tramwaje w kierunku południowym odjeżdżają z okolicy dworca, z pętli Kulikowe Pole, można wsiąść w 17, 18 albo 19. Konduktorka sprzedaje bilety po 3 UAH, ale tylko na przejazd w jedną stronę, nie można kupić od razu biletu na zapas, żeby skasować go później. Biletowe nabytki z Odessy można zobaczyć tutaj. Podczas jazdy tym starym, czeskim tramwajem obserwowaliśmy podśmiechując językowe zmagania Naji, do którego dosiadła się babuszka i zaczęła zwyczajnie rozmawiać w jego kierunku. Na początku potakiwał, ale potem babcia zaczęła o coś pytać, więc dzielnie użył wiązanki "my z Polski, studenci, Polsza, nad Morze Czarne, Mo-rze Czar-ne". Babcia wychwyciła i zaczęła opowiadać historie o Ciornoje Morie. Nic nie zrozumiał, ale przynajmniej podróż nad morze szybko mu minęła, bo trochę się jedzie. Uwaga dla przyjeżdżających - tramwaj nad samo wybrzeże nie jedzie, trzeba wysiąść na czuja po kilkunastu przystankach, bodajże na jednym nazywającym się 10 stancja Welykoho Fontanu. Stamtąd poszliśmy uliczką na wschód mijając zniszczony pseudo-hawajski domek, schodzimy dzikim przejściem za blokami obok parkingu i już je widać, potem schody na plażę i jest. Pierwszy raz w życiu znaleźliśmy się nad Morzem Czarnym. Udało się. Koszt wyjazdu z Lublina i znalezienia się dzień później nad morzem bliżej Turcji niż domu, wyniósł: 17,40zł (pociąg Lublin-Przemyśl) + 2,-zł (bus Przemyśl-Medyka) + 37 UAH (bus Szeginie-Lwów) + 119 UAH (pociąg Lwów-Odessa) + 3 UAH (tramwaj w Odessie). Czterdzieści sześć złotych. Dużo?
IMG 0572         Godzinę nad morzem spędziliśmy na karmieniu mew suszonymi kalmarami kupionymi dzień wcześniej i uwiecznianiu tych chwil - ja wyrecytowałem jeden z Sonetów Odeskich Mickiewicza i pacnąłem ręką w taflę wody tworząc międzymorze, Luidor z Miłoszem robili zdjęcia, a Radek z Nają postanowili wejść na betonowy falochron wychodzący w głąb morza. Krzyknęli z daleka i pozowali, żeby zrobić im zdjęcie. Wyjmuję aparat, ustawiają się i akurat w momencia naciśnięcia migawki potężna fala zatrzymana przez falochron wzbiła się za nimi na kilka metrów wzwyż i oblała ich od kolan w dół. Będę się musiał gdzieś zgłosić z tym zdjęciem. Pozbieraliśmy jeszcze trochę muszli z plaży, ale wiało strasznie, więc zabraliśmy się z powrotem na przystanek na tramwaj, który przyjechał po kilkunastu minutach. Wysiadamy w centrum i idziemy na piechotę w kierunku drugiego celu wyjazdu - Schodów Potiomkinowskich, jednego z najbardziej słynnych miejsc w Odessie. Po drodze zauważyłem jedną rzecz cechującą to miasto - wszędzie, gdzie nie spojrzeć, zobaczy się żołnierza. Samego albo w grupie, uzbrojonego lub nie, w czapce bądź łysego - zawsze jeden w zasięgu wzroku się znajdzie. Być może wpływ na to ma obecnośc w Odessie wielu szkół marynarki wojennej, w każdym razie ciekawe wrażenie, nieczęsto widzi się żołnierzy na ulicach.
         Centrum Odessy jest piękne, głównie ze względu na swój charakterystyczny prostokątny układ ulic z dziesiątkami kwartałów kamienic na polu kilku kilometrów kwadratowych. Miasto jest dosyć młode, bo powstało dopiero w 1795 roku z nakazu Katarzyny II. Pierwotnie miasto nazywało się Chadżybej (tak samo jak dawny turecki port w tym miejscu), ale zmieniono nazwę na Odessa, by zaznaczyć greckie, starożytne korzenie miasta. Odpowiedzialnym za rozplanowanie i rozwój nowego miasta był Jose de Ribas - hiszpański wojskowy w służbie carycy; to on wytyczył istniejący do dziś układ ulic i to od jego imienia jedna z głównych alei w mieście do dziś nazywa się Deribasowskaja. Są też akcenty polskie - przez lata w Odessie żyło kilka-kilkanaście tysięcy Polaków, mieszkali tu między innymi Julian Ursyn Niemcewicz, Józef Ignacy Kraszewski, czy Adam Mickiewicz. Jest również ul. Kaczyńskiego i ul. Polska, którą szliśmy w kierunku portu i skręciliśmy w lewo, w kierunku Schodów Potiomkinowskich. A tu co? Bagno, jak to mówił rzecznik prasowy Cyganów. Nie przyszło mi do głowy, że schody mogą być w remoncie. Niemal cały obiekt był zakryty blachą i rozkopany, jedynie ułamek szerokości trasy w górę był dostępny i to musiało nam wystarczyć. A można było mieć takie zdjęcia... Trudno, jak nie na schodach, to wyżej, już na Bulwarze Przymorskim. Stanęliśmy we czwórkę w rzędzie patrząc poważnie na zachód, każdy w uszance na głowie, Miłosz zrobił nam zdjęcie go west i lecimy na obiad do Kumańca.
IMG 0603         O tej restauracji też dowiedziałem się dopiero tutaj, po złapaniu pierwszego lepszego wifi. Było to najpopularniejsze miejsce w Odessie według ocen i opinii, a że było dosyć niedaleko to postanowiliśmy spróbować. Rzeczywiście, miejsce mocno oblegane, ale pani znalazła stolik dla pięciu osób. Na pierwsze danie weszły zupy w stylu rosołu z mięsnymi drobiowymi kuleczkami, w przerwie zamówiliśmy piwo czernihowskie (niestety było chrzczone), a na drugie każdy wziął co innego, a to sztuka mięsa, a to pierogi. Posiedzieliśmy tam chyba z godzinę, bo w środku był internet i prąd, a na pustyni energetycznej każdy procent się liczy. Za dwudaniowy obiad z piwem wyszło około 150,-UAH, czyli gdzieś 24,-zł. Po obiedzie idziemy już prosto na dworzec, ale bez pośpiechu - mamy ponad godzinę, więc staraliśmy się teraz zobaczyć jak najwięcej. Akurat zaczęło się robić ciemno, na ulicach coraz tłoczniej, coraz głośniej, wszędzie trąbią, ludzie rozmawiają, krzyczą, a my idziemy naprzód, jakby wyrwani z innego miejsca. Przecznica po przecznicy, pod koniec długiego marszu znaleźliśmy się w jakimś odeskim Hong-Kongu, wszędzie reklamy, ciasny targ, wąskie uliczki z jedzeniem i zaraz potem na lewo był dworzec. Mamy spokój. Z nieba zaczął padać puszysty śnieg, kolejne tramwaje podjeżdżały na przystanek, a ze sklepów grała świąteczna muzyka. Teraz tylko zaopatrzyć się na noc i można wracać do siebie. Na drogę powrotną wzięliśmy czerwonego hetmana i żurawinówkę Nemiroffa, po 80,-UAH każda. Pociąg był już podstawiony, jeszcze ostatnie chwile w zimowej Odessie i idziemy na peron zająć nasze miejsca w ciepłych łóżkach.
     W naszym segmencie jechał dziadunio, który zagadywał pytając najpierw nas, a potem mnie o to dokąd jedziemy, skąd jesteśmy i tak dalej. Na początku myślał, że jedziemy w Karpaty (nasz pociąg jechał docelowo do Czerniowców), ale powiedziałem mu, że jesteśmy z Polski i przyjechaliśmy tylko zobaczyć Odessę. Starszy pan był zdania że tak nie warto, że jak Odessa to tylko latem, a teraz to w Karpaty trzeba jechać. Ogółem była to trzecia osoba, która uważała nasz zimowy wyjazd do Odessy za nierozsądny. A co, mamy czekać do lata? Pieniądze i paszport mamy, to będziemy oglądać co chcemy i kiedy chcemy. Pociąg ruszył, rozpakowaliśmy się i przygotowaliśmy łóżka. Cały czas rozmawialiśmy ze sobą normalnie, po naszemu, a pan dziadunio przyjaźnie się uśmiechał rozumiejąc piąte przez dziesiąte. Ale kiedy Miłosz spytał się ile mamy alkoholu i usłyszał na ile osób, to siedzący obok dziadunio zaczął się śmiać. Widocznie komizm litra na pięciu zrozumie każdy słowianin. Dalsza podróż minęła bardzo przyjemnie, z każdą chwilą ludzie z różnych segmentów wagonu zaczęli się integrować, rozmawiać ze sobą, śmiać się i przyspieszać tempa w piciu. Naja szedł akurat do toalety i wracając ze swoim papierem w ręku został zaczepiony przez brzuchatego dziadka, nazwanego przez nas wujkiem Jurijem. Wujek Jurij pyta Naję o bumagę - on mówi kolega i pokazuje na mnie. Janek chodź tu, ten Janusz coś ode mnie chce, mówi. Odpowiadam, że on cię tylko o papier prosi, na co Naja wydzielił brzuchaczowi konkretny przydział papieru i dostał w zamian szczerą okejkę ze złotym uśmiechem. 

Część 3/3 - Lwów i powrót do domu