sobota, 18 11, 2017

28 grudnia 2016 - Przejazd do Lwowa

Wstęp

         Do życia w Trójmieście zdążyłem już lekko przywyknąć. Codzienna droga na SKM przez Monciak, 15 minut jazdy, kilka godzin zajęć, sprzątanie w domu i tak codziennie. Weekendy wypełniała mi praca w Gdyni, dzięki której mogłem się utrzymać i odłożyć na 'zachcianki'. Jednak taka odległość od domu, od rodziny, od znajomych sprawia, że moment powrotu do domu powinien być zapamiętany na długo. Siedząc pewnego październikowego popołudnia na przerwie w pracy stworzyłem plan - plan trzydniowego wyjazdu na Ukrainę trasą Lwów-Odessa-Lwów w terminie poświąteczno-przedsylwestrowym. Poza mną zgłosiło się czterech chętnych - Miłosz (Lwów V 2016, Zaporoże VIII 2016), Jan czyli Naja (Lwów V 2016), Wojtas czyli Luidor (Szczecin V 2015, Dolny Śląsk II 2016) oraz Radek, któremu nie było jeszcze dane ze mną podróżować. Wszyscy chodziliśmy do jednej klasy w liceum, więc nie było problemów z dogadaniem się. Dostałem od każdego przelew i pewnego ranka jadąc SKMką na zajęcia kupiłem na stronie ukraińskiej kolei wszystkie potrzebne bilety, zajęło mi to 4 minuty. W Oliwie ściągnęło mi z konta pieniądze, na Zaspie bilety miałem już na mailu. Potem zostało mi już tylko odliczać dni do powrotu do domu, a stało się to w czwartek 22 grudnia wieczorem.

 

 

28 grudnia 2016 (środa)

IMG 0518     Wstałem równo o czwartej rano, a przed piątą wyszedłem z domu. Z Miłoszem spotkałem się już w autobusie, reszta została dowieziona samochodami pod dworzec. Naprawdę, jak dobrze było ich wszystkich zobaczyć, prawie z każdym z osobna gdzieś byłem, a teraz po takim czasie możemy się wybrać gdzieś wszyscy razem. Jeszcze tylko żołnierskie pustynne kolejno odlicz i o 5:50 wsiadamy.
-Echad! Shnaim! Shlosha! Arva! Chamisha! Kol hakavod.
Męczące trzy i pół godziny jazdy do Rzeszowa minęły nam na zajadaniu się domowymi świątecznymi wyrobami - ja miałem kiełbasę z dzika z lubuskich lasów, a Luidor sos paprykowo-czosnkowy własnej roboty w słoiku, wyszły z tego pyszne bułeczki, muszę zgłosić się do niego o przepis. Po szybkiej przesiadce w Rzeszowie jedziemy na Przemyśl, odsypiamy poranek i wysiadamy o 11:20. Najpierw idziemy do kantoru kalkulując wydatki, a potem na czebureka za 6zł, które co prawda są świeżo robione, ale to nie te same co ze wschodu. Po wymianach i zakupach wsiedliśmy do przygranicznego busika do Medyki, które odjeżdżają z placyku przy dworcu PKS tuż obok przejścia podziemnego na perony kolejowe. Wiózł nas ten sam kierowca co przy powrocie z Zaporoża - nadal nie ustało mi się ustalić skąd pochodzi ten egzotyczny drajwer. Łysy, wysoki, oczy jak węgielki, ciemny jak Turek, a zaciąga jak Ukrainiec. Może Karaim? Karaib, wtrąca Naja.
         Znów bez problemu przeszliśmy granicę, cały proces obu kontroli zajął nam łącznie 10 minut i 13:10 stała się 14:10. Od razu po wyjściu na ukraińską ulicę pełną budek i kantorów zaczął nas nagabywać jakiś Mykoła:
-Wy do Lwowa chlopaki?
-Do Lwowa.
-Na marszurtkie nawet nie idzcje, wszystko pełne, nic nie jezdzi, studenty na prazdniki wracajo, będzjecje stać, ze mną pojedzcje, ludzi muszu zebrac, nie idzcje tam, nie ma co. Łolaboga i co tylko, jak to mawiał ojciec Marian jezuita. 
-Dziękujemy zobaczymy.
Na placu rzeczywiście było pusto, ale po 15 minutach podjechał żółty busik na Lwów, my w międzyczasie zdążyliśmy kupić bilety w kasie (36,75 UAH), zatańczyć do Rasputina Boney M i odjechaliśmy na wschód. Był tłok, jechaliśmy na stojąco, ale tylko do Mościsk. Dalej się ładnie rozluźniło i wygodnie dojechaliśmy do pięknego Lwowa na chwilę przed 17stą czasu lokalnego. Śnieg, mają tu śnieg! Ja w Sopocie przez tamte trzy miesiące ani razu go nie uświadczyłem, w Lublinie podczas świąt tylko trochę, a tu nie dość, że wszędzie biało, to mrozek szczypie w uszy, a Ukraińcy biegają po targu ze świerkami, toć u nich święta dopiero się zaczną. Czekamy na szóstkę do centrum.
-Wy na dlugo do Lwowa prijechali? - zaczepia nas jakaś kobiecina w średnim wieku. 
-Nie na długo, dziś wieczór wyjeżdżamy do Odessy.
-Łoj to zle robite, do Odesy latem nada jechac a na zimu we Lwowi zostac, gdybyscje chcjeli to ja wam dam telefon na kwartiru, niedaleko od placu Rynek, tridcat' zlotych, no wiadomo, w sezonie troszki więcej może byc. Dałą nam skserowaną ulotkę z telefonem, gdybyśmy przypadkiem się rozmyślili. Ani myślimy się rozmyślać, jedziemy do Odessy.
Z szóstki wysiadamy jak zawsze przy ul. Najywajka, w bankomacie na Pl. Grygorenka wypłacam pieniądze i idziemy na jedzenie. Od sierpnia na Ukrainę nie biorę hrywien tylko wypłacam je w tym bankomacie, bo bardziej się to opłaca - za 1000 UAH dałem sto czterdzieści parę złotych, a w kantorze musiałbym dać conajmniej sto pięćdziesiąt. Niby to tylko kilka złotych, ale za to jaki komfort - wszystko dzięki temu, że bankomat należy do Kredobanku, który to jest oddziałem PKO Banku Polskiego. Poland stronk.
IMG 0537     Centrum Lwowa cudownie tętniło świątecznym życiem. Na Rynku zorganizowano lodowisko, zewsząd grała muzyka, a na bulwarach przed Operą stał Bożonarodzeniowy jarmark, gęsto oblegany przez przechodniów przyciąganych zapachami przypraw, mięsa i grzanego wina. My na kolację poszliśmy do Da Vinci obok Opery, tam gdzie byliśmy w maju. Chcieliśmy wspólnie z Luigim zjeść pizzę luigi, ale niestety zniknęła z karty. Ja z Miłoszem, Radkiem i Luidorem wzięliśmy po pizzy, a Naja postanowił spróbować szczęścia i zamówił jakieś drogie danie z karty. Nie wiedział jak to dokładnie będzie wyglądało, bo w menu nie było to wyczerpująco opisane, a kelnerka nie potrafiła udzielić informacji w innym języku niż ukraińskim. Ostatecznie dostaliśmy po pizzy za 100,-UAH sztuka, a Naja komosę ryżową, pół kolby kukurydzy, ozdobne sałatki i kawał mięsiwa, wszystko podane na pieńku. Cena - 300,-UAH. Przynajmniej się najadł. 
         Po pysznej kolacji przeszliśmy się przez Rynek i zaszliśmy do sklepu po prowiant na noc. Wódka podrożała - za pół litra trzeba teraz dać w przeliczeniu 13,-zł zamiast 8,-. W tamtym sklepie dokonałem odkrycia wyjazdu - litrowy sok Sadoczok Persykowyj (brzoskwiniowy) za ok. 20,-UAH, za pierwszym razem kupiony jako zapoja, a w kolejnych dniach jako baza codziennej podróżniczej diety. Był cu-do-wny. Pociąg mamy 21:16, jest kilka minut po 20:00, więc idziemy na przystanek przy Targowej czekać na tramwaj. Wszędzie dookoła stoją babinki i na mrozie o 20 wieczorem sprzedają pierogi, czosnek i inne owoce i warzywa. Mimo że nikt o tej porze już nic od nich nie kupuje, bidulki i tak stoją i liczą na te parę hrywien. Szóstka nie przyjeżdża. Zaczyna się robić nieciekawie, jest 20:25, żadnego tramwaju przez ostatnie kilkanaście minut. 
-Miłosz, masz wifi? Ile jest stąd kilometrów do dworca?
-3,5. Zdążymy?
-Musimy.

Zaczęliśmy szybki marsz na zachód. Ja wiedziałem, że lwowska komunikacja miejska to Bangladesz, ale żeby przez 20 minut nie przyjechał żadnen tramwaj, kiedy według rozkładu powinny pojawić się trzy? No tak, rozkładu. Tu rozkład jazdy to social contract. Mijamy rozwidlenie przy kościele Św. Anny, obchodzimy mur z wierszami i prujemy Gródecką pod górę, cały czas zerkając do tyłu, czy przypadkiem nie goni nas szóstka. Nie goniła. Po lewej już widać ciemny kościół Św. Elżbiety, więc czas odbić w prawo. Jeszcze chwila i stoimy pod dworcem - jest 20:55.
         Peron był już pełny, co drugi oczekujący pali papierosa, po chwili rozlega się głośny sygnał i potężna maszyna ciągnąca kilkanaście wagonów wtacza się w kłębach dymu na halę lwowskiego dworca. Prowadnik, a raczej prowadnica zabiera nasze bilety i idziemy na nasze miejsca, całą piątką trafiliśmy do jednego sześciołóżkowego segmentu. Zaraz się rozpakujemy, zaraz pościelimy, zaraz obalimy to i tamto, tylko niech pociąg ruszy. Ja z Miłoszem znamy to uczucie już z sierpnia, ale teraz jesteśmy w większym gronie, w dodatku jest zimowy klimat, a w głowach wizja obudzenia się rano nad Morzem Czarnym. Siedzimy wszyscy na dolnych łóżkach, 21:16, szarpnęło. Takie szarpnięcie o 21:16 w ukraińskim pociągu sypialnym sprawia, że zapomina się na dłuższy moment o codzienności. Nie liczyły się poranne SKMki do Gdańska, znikły myśli o wynikach z kolokwium, o tym co wieczorem zrobić na obiad; to wszystko zostaje w dali. Patrzyliśmy się w ciszy przez okno zostawiając za sobą lwowski dworzec i byliśmy szczęśliwi. A noc? Minęła bardzo kulturalnie, zresztą co to jest litr na pięciu.

Część 2/3 - Odessa