sobota, 18 11, 2017

25-27 VIII 2016 - Lwów i powrót do Polski

IMG 0481         Jedziemy. Cały czas. Żołnierz jednak wczoraj nie kitował i dziś rano skacowany podszedł do mnie uśmiechnięty z długopisem, żeby zapisać swój adres. Dałem mu mój bilet, na którym do dziś mam pamiątkę w postacji adresu tego wielkiego byka. Gdzieś o ósmej przekraczamy przedwojenną granicę Polski na Zbruczu, dalej Tarnopol, Złoczów i w końcu o dwunastej Lwów. Choroba u mnie rozwinęła się w najlepsze i jestem ledwo żywy, ale myśl, że wszystko się udało i jesteśmy 'w domu' dodaje mi sił. Rzeczywiście, po powrocie z takiej wyprawy Lwów był dla nas domem. Spod dworca złapaliśmy szóstkę i dojechaliśmy po długiej jeździe na Rynek, gdzie Wiechnik z dziewczynami już na nas czekał. Zadzwoniłem do pana Walerija, u którego mieliśmy mieć nocleg i po chwili wyszedł z którejś bramy i zaprowadził nas do mieszkania. Miejsce, w którym mieliśmy spędzić najbliższe dwie noce, było cudowne. Pan Walerij udostępnił nam mieszkanie w przedwojennej kamienicy przy Rynku 29, z widokiem na ratusz i główny plac Starego Miasta. Było nawet okno, przy którym można było usiąść i pozdrawiać przechodniów jak papież. Bardzo dobre warunki, przemiły właściciel, o lokalizacji nawet nie piszę, a cena? Poniżej 30zł od osoby. Zainteresowanych świetnym noclegiem w sercu Lwowa zapraszam na swojego maila, podam kontakt do właściciela. Naprawdę polecam to miejsce.


Popołudniu? Lwów. Wieczorem? Muzyka, ukraiński alkohol i gra w pokera na jednohrywnówki. Więcej nie trzeba było.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na Łyczaków, skąd później się rozdzieliliśmy - wszyscy we czwórkę wrócili do miasta, a ja zrobiłem swój kurs po przedwojennym Lwowie z książką pod pachą i robiłem zdjęcia do galerii porównawczej Lwów wczoraj i dziś. Byłem tak chory, czerwony, było mi gorąco, a przy byle drapnięciu gardła dostawałem takiego kaszlu, jak suchotnik. Chowałem się wtedy w bramach kamienic, żeby ludzie mnie nie widzieli w takim opłakanym, załzawionym stanie. Co to za choróbsko się przyplątało? Galerię wykonam niedługo. Wieczorem Lwów znów śpiewem ukołysał nas do snu.

Powrót do Polski już nie był tak kolorowy, jak przewidywaliśmy. Marszrutką dojechaliśmy do granicy, ale nie przeszliśmy jej w 15 minut, tylko w półtorej godziny. Cierpliwość ludzi stojących na przejściu kończyła się w bardzo szybkim tempie, a co ciekawe kolejka ukraińska, mimo że dwukrotnie liczniejsza, posuwała się dwa razy szybciej. To nasi się tak babrali. Ostatecznie przez włoski strajk, bo na inną nazwę to nie zasługiwało, nie zdążyliśmy do Przemyśla na pociąg i koczowaliśmy trzy godziny na dworcu, żeby w końcu odjechać do Lublina busem o 18:30. Jak dobrze być w domu.