sobota, 18 11, 2017

24 sierpnia 2016 - Zaporoże

Dochodzi siódma rano. Z górnych łóżek, na których spaliśmy widać kończące się stepy, zaczyna się jakaś szara cywilizacja. To już chyba Zaporoże. Miłosz nerwowo przetrzepuje plecak.
-Co jest?
-Kurwa, portfela nie mam.

O proszę, zaczęły się przygody. Tego nie brałem pod uwagę. Odruchowo trzepnąłem się po kieszeni spodni, ja na szczęście wszystko mam.

-Miałeś go w plecaku?
-Tak, całą noc tam leżał, przed snem go schowałem. 

Pomagam wypakować wszystko z plecaka, rozłożyć i z powrotem. Nie ma. Pod poduszką, kołdrą, pościelą, nie ma. Nie powiem, trochę się zestresowałem, nawet nie myślę co musiał czuć Miłosz. Wszystkie pieniądze, dowód osobisty, prawo jazdy, karty i inne dokumenty. Wszystko. Ten dzień miał być taki piękny, w klimacie Ogniem i Mieczem na Siczy, a wychodzi na to że to będzie chlebem i wodą na pryczy. Na dolnych łóżkach pod nami jechała babuszka o złotym uśmiechu z wnuczką. Pociąg już stoi na zaporoskim peronie, ludzie biorą walizy i wychodzą do wyjścia. Co mam do stracenia? Zagadam, może ona coś wie, tylko nie wiem jak jest portfel po rosyjsku. Można to obejść, wyciągam swój i pytam:
-Izwinitie, majemu drugu prapałsa takoj ciornyj, wy nie smatrieli?
Babinka robi wielkie oczy, które mówią ja niciewo nie znaju, ale zaczyna się rozglądać razem z nami. Pod stolikiem, za poduszką, na dywanie, nic. No ładnie.

Rzutem na taśmę babcia wpada na pomysł i mówi do wnuczki leżącej na łóżku:
-Saszeńka, pusti mienia
Dziewczynka zeszła z łóżka, babcia podnosi kołdrę. 

Leżał pod kołdrą na łóżku rosyjskiej dziewczynki.

Jakim cudem?

Co za ulga, babcia odetchnęła, złożyła ręce i patrząc w niebo powiedziała "sława Bohu", Miłosz od razu w podzięce pocałował panią po polsku w dłoń, okoliczni ludzie zbierający się do wyjścia, którzy śledzili sytuację od początku też wyrazili emocje uszczęśliwienia, jak na zakończeniu komedii romantycznej w kinie. Nieszczęsny portfel się znalazł, nic z niego nie ubyło, można wracać myślami do normalnych planów na dzisiejszy dzień.

-Ty, ale przecież jak ona rozkładała jej to łóżko to rozkładała pościel, kołdry, nie mogła go nie widzieć, przecież jeszcze ręką się gładzi i w ogóle
-No racja
-Dobra, kij z tym, ważne że wszystko już jest.
-A widzisz, dobrze ruski znać.

IMG 0408         Zaporoże to wielkie miasto. Podchodzi pod milion mieszkańców, jest bardzo rozciągnięte w kierunku północnym (dworzec Zaporoże I znajdował się na południowym krańcu miasta, do centrum było kilkanaście kilometrów). Jest to wielki przemysłowy postsowiecki szary moloch, jednak z jedną perełką - wyspą Hortyca na Dnieprze. To właśnie tam znajdowała się Sicz kozacka, czyli drewniana twierdza będąca siedzibą atamanów i kozaczyzny, zlikwidowana przez Katarzynę II w 1775 roku. Od razu po wyjściu z dworca nagrywam film z rzutem na miasto, a w tle leci wstęp do "Szarży Husarii" Krzesimira Dębskiego. Piękny klimat, a dzień się dopiero zaczyna. Na śniadanie idziemy do budki po szawarmę, czyli ukraińskiego kebaba. W środku nie ma nikogo, ale obok lokalu stoi facet i kiepując mówi padażditie. No to padażdiom. Skopcił i zrobił nam takie pyszne kebaby w tortilli, że nie było się do czego przyczepić, klasa, a na polskie to tylko 5 złotych. Idziemy potem na tramwaj w kierunku centrum, trochę musieliśmy się przy dworcu naczekać, bo na horyzoncie było widać kolejkę wagonów, wystarczyło że jeden miał awarię i stało wszystko. W końcu tramwaje ruszyły, zatoczyły koło przed dworcem i załadowaliśmy się do środka za dwie hrywny płatne u kierowcy.
         Przystanków mnóstwo, a ludzi drugie tyle. Z każdym przystankiem było coraz gorzej, aż w końcu sytuacja stała się krytyczna. Doświadczyłem w życiu jazdy SKMką z Gdyni do Gdańska w poniedziałek o siódmej rano, jechałem w Warszawie metrem o szesnastej w piątek, jechałem autobusem na Feliniadę w Lublinie, ale to wszystko było niczym w porównaniu z tym, co przeżyliśmy w tym rozklekotanym tramwaju. Ludzi na metr kwadratowy było więcej niż w bloku w Szanghaju, jedna babcia zanim dopchała się do drzwi to tramwaj zdążył minąć trzy przystanki i wracała na piechotę, ja musiałem plecak wystawić przez okno i trzymać, bo po bokach nie było miejsca, a nie będę stał z nim wzniesionym do góry jak Rafiki z Simbą. Zdecydowaliśmy że pałka się przegła i wysiadamy. Wysiedliśmy dwa przystanki później niż chcieliśmy, ale przynajmniej mamy powietrze i przestrzeń wokół siebie. Ludowi pracującemu Zaporoża współczuję codzienności.
         W tramwaju wielki tłok, a na mieście pustki. Z rzadka przejedzie samochód, pieszych nie widać, wszędzie cicho i głucho. Wyjechali? Śpią? My musimy dostać się na wyspę, ale publicznymi środkami transportu nie wyjdzie, szukamy taksówki. Pod galerią handlową stoi beżowa łada z siedzeniami w panterkę, a jej stary kierowca zaciąga się czerwonym LD.
-Izwinitie pażalsta, można z wami jechat'?
Odpowiedzią było zdawkowe -Kuda
-Muzej Zaporożskoj Sieczy na Hortyci
-Sidities'.
Wyrzucił peta przez okno buchając ostatnim dymem w kierownicę i ruszyliśmy z kopyta. Kierowca okazał się bardzo miły, dużo z nim porozmawiałem, opisywał mi różne miejsca po drodze, historię budowy nieukończonego mostu, pytał skąd jesteśmy, wyjaśnił też dlaczego dziś takie pustki. Okazało się że dziś Dzień Niezależności Ukrainy, ba, nawet Duda jest w Kijowie. Ech, gdyby te dni zamienić miejscami, prezydenta bym zobaczył w nietypowych okolicznościach, no nic. Po bardzo długiej jeździe przez rozległe Zaporoże i przejechaniu Dniepru trafiliśmy pod bramę muzeum. Za kurs wyszło 86 hrywien, ale daliśmy mu po 50 od łebka i sdaczy niet. Jakie to życie jest łatwiejsze, kiedy zna się rosyjski, taka część świata stoi otworem. W tym miejscu dziękuję mojej babci spod Zielonej Góry, która uczyła mnie tego języka, kiedy przyjeżdżałem do niej na wakacje jako uczeń podstawówki. Płakałem, że nie po to są wakacje żeby się uczyć i pisać bukwy, ale z biegiem lat dobrze na tym wyszedłem. 

0001         A więc jesteśmy na Siczy. Zmieniam klimat snapów i zamiast "Szarży Jazdy Polskiej" słychać już trąby odwrotu i utwór "Husaria Ginie". Idziemy wzdłuż drewnianej palisady, z szarego nieba zaczyna kropić. Nie szkodzi, nic mi już nie zepsuje tego pięknego dnia. Wstęp na teren osady to klasyczne 20 hrywien. Wewnątrz jest dużo ludzi, są ubrane w ludowe stroje panie, idą kozacy z koszulach z osełedcami na głowach i niosą szable i młoty. Jest tutaj cerkiew, karczma i stragany, może dorwę upragnioną koszulę? Jednym z wielu celów tego wyjazdu było zrobienie sobie zdjęcia na zboczu Siczy w koszuli i z fajką, na razie mam tylko fajkę. Na początku idziemy coś zjeść, zamawiam pielmieni ze śmietaną, białą zupę podobną do chłodnika i piwo, za wszystko jakieś 10 złotych. Po wstępnym obiedzie idziemy dalej i zachodzę na stragan z wyrobami ludowymi szukać koszuli, ale nie chcę białej, tylko czarną, moim zdaniem ładniejsza. Jest. Wisi na wieszaku przybitym do drewnianej chaty. 
-Eta toże na prodaż?
-Nu da
-Można pasmatrit'?
Przymierzam, no jak ulał, mój rozmiar. Kupuję, tylko niech nie będzie taka droga.
-Pa skolka ana?
-Tisiacz hriweń.

A jednak, ceny w Kijowie wcale nie były zawyżone. Albo daję 160zł i mam koszulę, albo przycebulę i nie będę miał pięknej pamiątki. Co robić? Obracam się jeszcze dookoła, namyślam się, aż w końcu zdejmuję. Wezmę. Wyciągam portfel i przeliczam stówki z Szewczenką.
-Kak wy skazali?  Pytam wertując banknoty.
-Nu, dla was może byt' i diewiatsot.
O proszę, jeszcze zniżkę dostałem. 
-Spasiba wam balszoje.

Udało się, mam swoją czarną koszulę. Idziemy za Sicz, Miłosz robi mi pamiątkowe zdjęcie i powoli wracamy do miasta, widząc jeszcze kozaków na zboczu ćwiczących fechtunek szablami przy niemałej widowni. Od rana źle się czułem, miałem przytkany nos, coś z zatokami, przy przełykaniu śliny też dość mocny dyskomfort, zaczyna się choroba, ktoś musiał na mnie kichnąć w kijowskim metrze. Do centrum nie idziemy na piechotę, bo to 5 kilometrów. Łapiemy taksówkę, znów dajemy stówę i kierowca wysadza nas przy głównym placu Zaporoża, gdzie tego dnia wieczorem wzdłuż długiego prospektu Swobody będzie przechodził pochód. Idziemy na obiad do pizzerii Meet Street, gdzie wzięliśmy po jednej na osobę + piwo, wyszło jakieś 100 hrywien za obiad. Naprawdę mogę polecić to miejsce, ogólnie gdzie nie zajdę to pizze na Ukrainie trzymają wysoki poziom, czy to we Lwowie czy na Zaporożu.
         Łapiemy trolejbusa na południe, na przystanku, który poznałem z rana przesiadka i czekamy na tramwaj. Tylko który? Jak dobrze być na Zaporożu, gdzie rosyjski jest językiem naturalnym i każdy go używa na codzień, nie to co we Lwowie. Tu mam pełną swobodę.
-Izwinitie pażalsta, katoryj marszrut tramwaja naprawl'ajetsa na pierwyj żeleznodarożnyj wakzał?
-Pa majemu eta wsie.
Jak wsie to wsie. Podjeżdża pierwszy lepszy gruchot i odjeżdżamy w znanym już kierunku. Na reklamie widzę jakiś serwis przy ul. Paramonowa, skądś kojarzę to nazwisko. Zaporoże to chyba jedyna miasto na świecie, które ma ulicę Jerzego Paramonowa - polskiego przestępcy z Warszawy z lat pięćdziesiątych, który w czasach głębokiego komunizmu napadł na funkcjonariusza milicji z młotkiem w ręku, za co został skazany na karę śmierci, kojarzyłem go z piosenki Vavamuffin. W końcu dojeżdżamy, jechaliśmy chyba z godzinę. Przy dworcu siedzą miejscowi dziaduniowie i sprzedają na pół żywe ryby na chodniku, polewając je od czasu do czasu wodą, coby świeżość utrzymać. Ktoś się skusi?
IMG 0444         Wykorzystujemy sprawdzone podróżnicze rozwiązanie i na zaporoskim dworcu też znajdujemy komnaty otdycha z prysznicem. Trzydzieści hrywien, ręcznik i człowiek jak nowo narodzony. Jeszcze ostatnie zakupy i idziemy do naszego pociągu. Chyba weszliśmy jako ostatni, bo prowadnik spytał czy mamy miejsca 10 i 12, bo jako jedyne zostały wolne. Odpowiadamy że tak, jeszcze dokumenty, więc wyciągamy nasze paszporty polsatu. Na widok orzełka prowadnikowi zaświeciły się oczy i wywęszył interes, zaproponował nam prywatny przedział z dwoma łóżkami za 200 hrywien od osoby. Polaka przecież stać! My podziękujemy, płackarty nam się podobają, nie będziemy się bawić w all inclusive. 15:50 Odjazd na zachód. 
         Dwadzieścia jeden godzin w pociągu. Prawie doba. Tyle podróży przed nami - do Lwowa przyjeżdżamy dopiero następnego dnia o dwunastej. Znów mamy miejsca na górze, rozpakowujemy się i ja od razu idę spać, odsypiać chorobę, bo czuję się coraz gorzej. Wieczorem do dwóch dziewczyn pod nami przychodzą żołnierze śpiący parę łóżek dalej. Byli już konkretnie dziabnięci, czuć było alkohol i co chwila wychodzili na papierosa. Z dziewczynami na dole grali w karty, częstowali melonem, nam też dali mówiąc zakuszajtie pacany. Dobrze że znałem to słowo, bo bym się obraził. Pacany po rosyjsku to coś jak ziomek, chłopak. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, z nudy można znieść jajo. Wychodzę na korytarz zaczerpnąć świeżego powietrza, a że we wschodnich pociągach ludzie czują się swobodniej, to wyszedłem w klapkach i samych krótkich spodenkach. Stoję tak sobie już prawie w nocy między wagonami, a tu dochodzi do mnie pięciu podpitych żołnierzy. Pięć wielkich łysych byków, opaleni, brzuchaci, 2m/100kg każdy, w samych butach i spodniach. Ja też jestem wysoki, swoje ważę, ale przy nich wyglądałem mizernie, jak chudzinka, do tego nierówno opalony.
         Chwila niepewności, wracać czy nie, ale jako że alkohol mocno im szumiał, zaczęli coś do mnie bełkotać. Poprosiłem, żeby powtórzył, pytał dokąd jadę. Opowiedziałem, że do Lwowa, z kolegą z Zaporoża wracam, w muzeum byliśmy i tak dalej. Jeden pyta czy mieszkamy we Lwowie, mówię że nie, my z Polszy. Na chwilę zamilkli, ale okazali się być pozytywnie nastawieni. Szef grupy, największy i najbardziej podpity bardzo się ucieszył, uścisnął mi rękę, poklepywał po ramieniu i zaczął opowiadać, że u niego babka Polka, jakaś -owska, próbował coś mówić po Polsku, ogólnie bardzo przyjemnie. Byli to ukraińscy żołnierze wracający z Donbasu i pytali mnie co sądzę o Rosji. Musiałem jakoś z tego wybrnąć, więc nie stając bardziej ani po jednej ani po drugiej stronie, zgodnie z prawdą odpowiedziałem 'ty nikagda nie znajesz, szto oni zdielajut dalsze'. Wszyscy pokiwali głowami, że prawda, trochę jeszcze pogadaliśmy, ale ja byłem całkowicie trzeźwy, a oni już mocno porobieni, więc czułem się trochę niekomfortowo i zacząłem się z nimi powoli rozstawać, żeby sobie pospać. Szef grupy, który mnie polubił, powiedział mi, żebym kiedyś przyjechał do niego na Zaporoże, bo sam mieszka i fajnie by było, gdyby ktoś go odwiedził. A skąd będę wiedział jak trafić? Powiedział, że jutro z rana napisze mi adres. O proszę, jak się spoufalił. Ja tymczasem wracam na łóżko i zasypiam. Jeszcze tyle drogi...

 

Galeria zdjęć z Zaporoża

Część 4 - Lwów i powrót do Polski