sobota, 18 11, 2017

23 sierpnia 2016 - Kijów

         Ciemość widzę. Telefon i portfel, są? Są, na miejscu, za głową. Stukot kół w nocy przypomina mi podróż koleją transsyberyjską do Irkucka w 2010 roku. Tylko że teraz jest duszno i gorąco, a to dopiero środek nocy, 3:29. Łóżka są dosyć wygodne, akurat mieliśmy miejsca na górze, ale było tak gorąco, że przykrycie się poszewką to za dużo. Do dziesiątej jeszcze tyle czasu...

 

IMG 0331         Tym razem budzę się na dobre, jest chwila przed dziewiątą. Idę stanąć w kolejce do toalety, żeby umyć zęby, bo potem mogę nie zdążyć - w krajach postsowieckich w transporcie kolejowym obowiązuje tzw. sanitarna zona, czyli zakaz używania toalety 30 minut przed i 30 minut po postojach na większych stacjach. Po opłukaniu twarzy zachodzę do zadymionego od papierosów przedsionka wagonu i zaglądam za okna - zaczynają się kolejowe rozjazdy, pociąg pędzi ok. 100km/h, zaczynają się bloki. Kijów.
         A jednak, podróżowanie koleją po Ukrainie jest prostsze niż myślałem. Pomyślałem, że chcę być w Kijowie i jestem - wystarczyło kupić bilet przez internet, wydrukować go i wraz z dokumentem tożsamości pokazać go prowadnikowi przy wchodzeniu do wagonu. Żadnych wizyt w kasach, biletów zastępczych, formalności, komplikacji, nic. To naprawdę łatwe i teraz mogę na własne oczy zobaczyć zalety tej łatwości. Kijów Pasażerski to ogromna stacja, jest tu kilkanaście peronów, strasznie długie przejście nadziemne nad peronami i dwa dworce po obu stronach torów - nowoczesny Południowy i zabytkowy miejski, Pasażerski. Hala główna z żyrandolami wywiera duże wrażenie swoją wielkością i wystrojem. Kolej na wschodzie jest przecież wizytówką kraju, a dworce wizytówką miast. Do nas to dopiero wraca. 
         Szczerze mówiąc nie byłem zupełnie przygotowany na przyjazd do Kijowa. Oczywiście, główne zabytki wymienię jak każdy, ale nic nie poczytałem o mieście, nie zdążyłem się mentalnie przygotować. A może to i lepiej, mam świeży zmysł? Lepiej, nie lepiej, ja nie wiem gdzie mam iść. Wychodzimy z dworca i pierwsze kroki kierujemy do pobliskiego McDonalda na śniadanie, ale przede wszytkim po wifi złapać kontakt ze światem. Mogliśmy teraz naładować google maps, odpisać paru osobom że wszystko w porządku, chwilę odpocząć i idziemy dalej. Plac przed kijowskim dworcem to ogromne targowisko z miejscem dla samochodów. Targ jest wszędzie - na górze, na dole, na lewo, na prawo, kwas, słodycze, ubrania, baterie, bilet do Polski, co pan chcesz. Idziemy w dół, mijamy jakąś arterię i prujemy pod górę. 
-Ty, a tak w ogóle to gdzie teraz idziemy?
-Sam nie wiem...
Chciałem podejść jak najbliżej centrum, żeby poszukać trolejbusu nr 11 jadącego w kierunku Ławry Peczerskiej, ale centrum w Kijowie jest pojęciem względnym. Straciłem orientację w terenie, mapy straciły zasięg, a ludzie mimo mojego komunikatywnego rosyjskiego i podstaw ukraińskiego niciewo nie znajut. Powolutku, zdążymy, mamy czas. Cofnęliśmy się w kierunku dworca, u babuszki w kiosku kupiliśmy po litrze coli i usiedliśmy w cieniu.
-Wybaczte, jak najszwydsze dojichaty do Peczerskoji Ławry?
-Metrom zi stancji Arsenalna, wot tam pri wakzale.
IMG 0353         A więc metro. Przejazd stołecznym metrem kosztuje 4 hrywny (80gr), w kasie dostaje się żeton jak kiedyś do telefonu, wrzuca się do bramki i można jechać w dół schodami do piekła, dłuższe widziałem tylko w Sankt-Petersburgu. Parę minut głośnej jazdy i wysiadamy przy Arsenalnej. Teraz też nie wiedziałem jak iść, ale na szczęście była mapa. Szliśmy w lewo długą ulicą w stylu paryskich lat osiemdziesiątych, po drodze mijamy obelisk jak w Waszyngtonie, pomnik ofiar pamięci Wielkiego Głodu i za parkiem już widać bramę na teren klasztoru. Bilet wstępu kosztuje 20,-UAH. Ławra Peczerska to taki prawosławny Wawel. Jest to najstarszy klasztor monastyczny na Ukrainie, miejsce pochówku wielu patriarchów, obecnie siedziba zwierzchników kościoła prawosławnego na Ukrainie. Miejsce jest zdecydowanie warte odwiedzenia ze względu na architekturę, z tych wszystkich cerkwi aż ciekną złote zdobienia. Ikonostasy w środku również zachwycają i kiedy chciałem uwiecznić jeden z nich, znikąd wyskoczył łysy stary mnich i grożąc palcem powiedział"No foto". Dobrze, gospodarzu. Zniknął za rogiem, z ukrycia zrobiłem bezfleszową pamiątkę i wyszliśmy na przystanek wracać do centrum.
         Teraz złapaliśmy trolejbus 33, którym chcieliśmy podjechać do pierwszej lepszej stacji metra. Trolejbusy w Kijowie są w większości niskopodłogowe i nowoczesne, ot taka pozostałość po Euro2012. Proszę puszystą panią konduktor o sześć biletów, pani mówi że nas przecież jest tylko dwóch, więc  musiałem ją po rosyjsku uświadomić że mam biletowy odchył i dopiero dała mi o co prosiłem. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, ogromny ten Kijów. Wysiedliśmy dopiero przy stacji metra Peczerska. Następny przystanek - Majdan. Ten plac robi wrażenie, szczególnie jeśli przypomni się, co działo się tu dwa lata temu. Widać hotel, z którego snajperzy strzelali do ludzi jak do kaczek, jest wysoki Pomnik Niezależności z Michałem Archaniołem, a wszędzie wokół tak potężny socrealizm, że aż po oczach bije. Coś jak warszawska ul. Jana Pawła II, tylko powiększona do "gargantuicznych wprost rozmiarów". Żywy Stalin. Dopiero przy alei Szewczenki zaczynają się kamienice, które też są inne niż wszystkie. Widać, że są budowane z cegły, od zdobień aż błyszczą, a żadna z nich nie jest niższa niż cztery piętra, pięć to taki standard. Nigdy takich jeszcze nie widziałem, było na czym oko zawiesić. Kijów tak jak Warszawa, po drugiej wojnie światowej w niczym nie przypominał siebie sprzed drugiej wojny światowej. Tylko pomyśleć, jak wyglądał carski Kijów w przededniu rewolucji...
         Pora obiadowa. Naprawdę chciałem spróbować czegoś nowego, ale na Chreszczatyku tylko kafejki i pizzerie, w internecie nie widać nic ciekawego, zostaje tylko Pyzata Chata przy Rynku Besarabskim. Wzięliśmy klasycznie - zupa, obfite drugie i piwo, wszystko za jakieś 15zł. Odpoczynek i ruszamy dalej na Złote Wrota, czyli dawną (odbudowaną) miejską bramę Kijowa, o strop której według legendy Bolesław Chrobry... tak, tak tak, wszyscy to znamy. Tylko że w czasach Chrobrego nie istniały ani Złote Wrota, ani Szczerbiec, którym miałby uderzyć. Ot, drobnostka. A ja jako wanna-be historyk lubię zwrócić na takie rzeczy uwagę. 
IMG 0387         Do Wrót idziemy na piechotę, żeby spalić obiadek i żeby szukać wifi, z którym w Kijowie poza McDonaldami jest marnie. Skręcamy w prawo w jakiś potężny prospekt, wśród socjalistycznych bloków górują gdzieniegdzie te monumentalne kamienice, będące dla mnie dotychczas odkryciem tego wyjazdu. W oddali widać wieżę wielkiej socrealistycznej budowli w stylu Pałacu Kultury, na szczycie którego widać radziecką gwiazdę. Ukraińcy zamiast się jej pozbyć, przemalowali czerwień na żółć i błękit, zabawnie to wygląda. Wstęp do Złotych Wrót również kosztował 20,-UAH, tylko że w środku mało było do zwiedzania, skoro to rekonstrukcja z czasów radzieckich. Weszliśmy na górę, napatrzyliśmy się na Kijów z tarasu i wróciliśmy na dół do kawiarni na otwartym powietrzu. Odpocząć. Dochodzi już osiemnasta, pociąg na Zaporoże odjeżdża o 20:00, więc nic konkretnego już byśmy nie zobaczyli. Teraz po całym dniu wspólnie ustaliliśmy, że mamy teraz tylko jeden cel - umyć się. Byliśmy tak zmęczeni i spoceni od ukraińskiego słońca, że nie wyobrażaliśmy sobie całej nocy w pociągu na lepiąco. Nie wiedziałem, gdzie można skorzystać z prysznica w dobrych warunkach, ale z pomocą przyszło wifi i ukraińskie forum kolejowe. Prysznic jest na nowoczesnym dworcu Kijów Południowy. Jedziemy. Rzeczywiście, ze 40,-UAH można wypożyczyć ręcznik i na pół godziny wejść pod prysznic w dworcowym hotelu na trzecim piętrze nowoczesnego budynku. 
         Różnica po wyjściu z prysznica była kolosalna. I odczuwalna, i dla nas i dla innych, na pewno. Ponad godzina do odjazdu, więc wpadłem na pomysł żeby się ostrzyc. Nie zdążyłem zrobić tego w Polsce, a jutro będę na Zaporożu i chciałbym sobie zrobić zdjęcie w kozackiej koszuli, a nie miałem w pełni właściwej fryzury, musiałem pozbyć się tyłu i boków. W przejściu podziemnym była stryżka za 40 hrywien. Zagaduję do pani, że nie wiem za bardzo jak jej to po ukraińsku wytłumaczyć, ale mówię żeby wierch astawit', pokazałem też swoje zdjęcie sprzed paru miesięcy. Pani nie była jednak przekonana.
-Niet, ja nie magu, my nie dagawarimsa.
-Paczemu, u mienia insze diengi?
-My nie dagawarimsa.
Nie to nie, nie będę legitnym kozakiem. O ile w ogóle będę kozakiem, bo koszulę miałem kupić wczoraj we Lwowie, ale przez zaspanego Miłosza nie było na to czasu, dziś w Kijowie prawie wcale ich nie widziałem, a jeśli były to za 1000-1500 hrywien, czyli 160-240zł. Ja myślałem, że one kosztują maks sto złotych, na takie ceny się nie nastawiałem... no nic, zobaczymy, może jutro na Zaporożu coś dorwiemy. Żegnamy się powoli z Kijowem, ostatnie zakupy i idziemy na perony przez dworzec. Pomyślałem, że fajnie byłoby mieć jakieś karty w podróży, zawsze to zagrać można, albo i pasjansa ułożyć. Miła babinka prowadzi kiosk z gazetami i zabawkami, może tu.
-Dobryj wiecier, można li u was igralnyje karty pakupit'?
-U mienia takije prostyje, no ich tolka tridcat-szest, diesiat hriweń.
-A majetie może insze?
-Jeszczo maju takije, za sorak (40) hriweń. - na te słowa babuszka z porozumiewawczym uśmiechem sięga ręką pod ladę i wyciąga zabytkowe karty z Sawieckimi Znamienitostami, na asie Lenin, na królu Trocki, na damie Róża Luksemburg.
-Haraszo, intieriesnyj suwenir.

         Mamy karty, mamy co jeść, co pić, jesteśmy umyci, a to chyba ważniejsze od pełnego brzucha, bo kupić coś zawsze można i komfort psychiczny większy, a z myciem już nie tak łatwo. Znów jedziemy sypialnym, w którym było gorąco, ale po prostu mieliśmy pecha - trafiliśmy akurat na łóżka przy oknie awaryjnym, jedynym w wagonie. Wszyscy inni mogą uchylić górną część okna. My nie. Trudno. Przed wyjazdem słyszałem, że na granicy z Rosją znów jakaś mobilizacja i manewry wojskowe, że turyści niech za Dniepr się nie zapuszczają, że jest ogólnie niebezpiecznie. A tu ludzie w pociągu mówią zupełnie co innego, jakieś pary dziadziusiów jadących na Zaporoże już planują wyjazdy na wieś, dziewczyny jadą do znajomych do Doniecka, nikt o wojnie nawet słowem nie mówi, jakby jej nie było. A może i nie ma? Zobaczymy, Zaporoże czeka.

 

Część 3 - Zaporoże

Galeria zdjęć z Kijowa