sobota, 18 11, 2017

22 sierpnia 2016 - Przejazd do Lwowa

"Drży ze strachu czerń kozacza, dęba stają osełedce
kniaź Jarema się nawraca, prawosławnej wiary nie chce"

 


          Świetnie się przy tym stawia kroki. Poranne kroki w drodze na dworzec, w ten piękny sierpniowy poniedziałek, będący początkiem przygody. Tym razem jest to sześciodniowy wyjazd na Ukrainę z czterema znajomymi, przedstawiając ich po kolei są to - Miłosz, który był już ze mną we Lwowie parę miesięcy temu; Wiechnik i jego dziewczyna Ola, którym pomysł wyjazdu spodobał się dwa tygodnie wcześniej w knajpie i zdecydowali się jechać, oraz młodsza siostra Oli, coby jedna dziewczyna sama nie jechała. Plan wyjazdu podzielony był na dwie grupy. Na początku wszyscy jechaliśmy do Lwowa, a potem wieczorem rozdzielamy się - grupa pierwsza, czyli ja i Miłosz jedziemy zwiedzać Ukrainę, a Wiechnik, Ola i Andżela zostają we Lwowie. My we wtorek jesteśmy w Kijowie, w środę na Zaporożu, a w czwartek rano wracamy do naszych do Lwowa i wspólnie w piątkę siedzimy tam do soboty. No to jedziemy.

IMG 0308Zbiórkę przed dworcem ustaliliśmy na 5:30, bo o 5:58 odjeżdżał pociąg na Rzeszów. Kiedy dojechałem rowerem, myślałem że będę pierwszy, a tu prawie wszyscy już czekają. Prawie.
-Nie ma z wami Miłosza?
-Nie, a z tobą nie rozmawiał?
-A co miał rozmawiać, wiem tyle co wy, może zaraz będzie.
Wybieram numer, dzwonię. Przepraszamy, wybrany n... Dobra, może messenger. Aktywny 7 godzin temu. 
-Ty, Wiechnik, a on nie pił przypadkiem wczoraj wieczorem?
-No wrzucał coś na story o północy...
-Dobra, czekamy do 5:50.
Teraz każdy autobus i każdy samochód przejeżdżający obok dworca był przez nas filtrowany wzrokiem jak tiry w Mamonowie. A może stąd wyskoczy? A może jaja sobie robi i nie jedzie? 5:50, idziemy do szynobusa.
"-Dwa trzy szejset jeden odjazd"

      Trasy z Lublina do Rzeszowa szynobusem nie polecam nikomu. To tylko 200km, a pociąg jedzie niecałe cztery godziny. Prędkość jest nawet przyzwoita, ale jest tyle stacji, tyle przystanków, tyle postojów, wiocha tu, wiocha tam. Budzę się, może to już Tarnobrzeg? A gdzie tam, Zaklików jakiś. Dłuży się to niemiłosiernie. Ola proponuje scrabble, więc zaczynamy grać we czwórkę. Oni jeszcze nie wiedzą, że w literakach na kurniku mam czerwony pas. Wibruje mi telefon. Mamy go.
-Halo.., Janek?
-No co tam szefie?
-A bo zaspałem, jak teraz najszybciej dojechać
-My zaczekamy w Przemyślu, a ty jedź teraz na PKP, zwróć regionalny do Przemyśla i kup teraz na TLK, wyjdzie trochę drożej, ale przy takich okolicznościach już chyba nie powinieneś zwracać na to uwagi, hehe
-No dobra.

-Miłosz do nas dojedzie. - Oznajmiam
-Pajac - dodał Wiechnik ze swoim żydowskim uśmieszkiem.
-Graj.

     W Rzeszowie nareszcie wysiadamy o 9:40, migiem na peron pierwszy i kilka minut później odjeżdżamy na Przemyśl, tym razem nowoczesnym EZT z wygodnymi fotelami i kontaktami. Trasa też ma niecałe dwie godziny, ale mija szybciej i już po ostrym zakręcie i przejechaniu Sanu zbieramy się do wyjścia. W międzyczasie Miłosz dał jeszcze znać, że pociągi z Lublina są poopóźniane i odjedzie PKSem o 10:00, w Przemyślu będzie po 14:00. Poczekamy. Zostawiamy wspólnie bagaże na dworcu i idziemy coś zjeść. Trafiło na pizzerię Margherita na Rynku. Szczerze mówiąc to średnio, pizze są robione na cieście jak na tartę, w smaku nawet dobra, ale czuć że inna niż wszystkie. Nietypowa. Po zjedzeniu zachodzimy do katedr, zdjęcie przy Wielkim Polaku i schodzimy do dworca, akurat zaczyna kropić. Na plac wjeżdża właśnie autobus PKS Biłgoraj z Lublina. Jest i on.
-Zaspało się co? - kpi Wiechnik
-A weź spierdalaj... - po przyjacielsku odpowiada Miłosz, zarzucając na siebie ciężki plecak.
-Ty to zawsze się spóźnisz
-Ale przynajmniej życie mam ciekawe.
IMG 0326Po takim to przyjacielskim przywitaniu poszliśmy już w komplecie na placyk z busikami, zostawiliśmy bagaże, polecieliśmy z Miłoszem na chwilę jeszcze coś załatwić na pięć minut i wróciliśmy w deszczu do busa. Szczerze mówiąc nie miałem mu za złe że zaspał. Co prawda musieliśmy czekać te kilka godzin w Przemyślu, żeby wspólnie odjechać do Lwowa, ale mogliśmy sobie na to pozwolić, bo plan nie był napięty. Przynajmniej pochodziliśmy sobie po pięknym Przemyślu, który ponownie każdemu polecam. Już odjeżdżamy w ulewie do Medyki. Po piętnastu minutach wysiadamy (już w dobrym miejscu, czytelnicy wiedzą o czym mówię), akurat przestało lać, więc na spokojnie przechodzimy do kontroli paszportowej. Cyk cyk, pyk pyk, pieczątki są i jesteśmy już po drugiej stronie Europy. Procedura standardowa - na plac z busikami, kupujemy bilety, zapełnia się i odjazd. I znów tłok, i znów te nieszczęsne Mościska. Pół-snem w tłoku ze słuchawkami na uszach zleciały mi te niecałe dwie godziny i około ukraińskiej osiemnastej wysiedliśmy pod lwowskim dworcem.
         Znowu tutaj, coraz bardziej zaczynam się związywać z tym miejscem. Kupujemy zapas biletów, wsiadamy w szóstkę i jedziemy w kierunku Opery. Wysiadamy przy ul. Nalywajka jak wtedy, idziemy przez "naszą" Kotlarską, potem Kulisza aż do Gazowej, gdzie Wiechnik i dziewczyny miały hotel na czas naszej trzydniowej podróży. Lokal taki sobie, chyba bardziej jest to hotel robotniczy, ale górne, lepsze piętro jest dla turystów i  ma nieco wyższy standard - płaski telewizor, łazienka w pokoju, wifi, tylko widok trochę kiepski, na jakąś budowę. Nasz pociąg odjeżdżał o 21:42, a było już po 19:00, więc musieliśmy się streszczać. Zostawiamy bagaże u Wiechników, w czwartek wezmą je ze sobą do naszego już wspólnego hotelu. Zdążyliśmy się jeszcze szybko umyć po tym marszrutkowym granicznym bangladeszu i odświeżeni pakujemy się w mgnieniu oka na te trzy dni oddzielnej podróży do małych plecaków. Wszystko wzięte? Wychodzimy.

-Oby do zobaczenia!


         Już zmrok. Wsiadamy pod operą w szóstkę na dworzec, jadą z nami jacyś pijani łysole, ale spokojni. Wysiadamy z plecakami na dworcu, okazuje się że zostało nam ponad pół godziny zapasu. I dobrze, lepiej tak, niż pół godziny za mało. Czas ten wykorzystujemy na mój rytualny słowiański taniec w rytm XS Project, a potem szybka kolacja w dworcowym bistro - szaszłyk z kurczaka, porcja bigosu + chleb i coca-cola 0,5l - wszystko za jakieś kilka złotych. Po wyjściu, tuż przed odjazdem nagrywamy pierwszego snapa z serii dedykowanej Ogniem i Mieczem.

IMG 0329-A co jeśli, kniaziówna, w Kijowie pomocy oczekuje? 
-Na Kijów!
-Na Kijów, brateńki


         Platforma 4. Wagon 16. Miesto 32 i 34. Dakumenty pażalsta. Spasiba. Gdyby ktoś nie wiedział, bilety na pociągi na wschodzie sprawdzane są przez opiekuna wagonu przed wejściem do pojazdu. Wszystko się zgadza, to można zajmować swoje łóżko, pościel już leży. Jechaliśmy płackartą, czyli sypialnym bezprzedziałowym, bilet kosztował jakieś 20zł. Ciemno i duszno, chwilę później pociąg szarpnął i odjeżdżamy. Jak się będzie spało? Co będzie jutro? Dojedziemy? Dojedziemy.
Na Kijów.

 

Część 2 - Kijów

Zdjęcia z pierwszego dnia