sobota, 18 11, 2017

27 maja 2016 - Lwów cz.3

         I znów pospać nie dadzą... Po długim siedzeniu do nocy musiałem zerwać się aż o 9 rano, bo Jan zwany Nają wracał do Polski dzień wcześniej i chciałem odstawić go w transport do granicy. Obiecał komuś znajomemu, że będzie w piątek wieczór na urodzinach. Jak widać, słowa dotrzyma.  Po wstaniu z łóżka czułem się jak pięty Mojżesza, ale szybki prysznic dodał energii i świeżości, dodatkowo w ulicznym sklepiku kupiłem słodką bułkę z jabłkiem i kawę na śniadanie, wszystko za jakieś 3-4 złote i zacząłem jako tako funkcjonować. Zaszliśmy we dwójkę na halę targową na ostatnie zakupy, chałwy, cukierki na wagę i alkohole. Stamtąd tramwajem prosto na dworzec, w środku był dość duży tłok i ludzie zamiast podchodzić do motorniczego w celu zakupu biletu, podawali pieniądze z rąk do rąk przez cały wagon, i w drugą stronę tak samo z biletem. Jakiś dziadunio dał mi 10 hrywien i pokazał, że chce dwa bilety, ja jego dychę zamiast podać dalej to schowałem do kieszeni, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć wyciągnąłem dwa czyste bilety z portfela i wydałem mu resztę. Można i tak :)  Gdzieś o 11:10 byliśmy już na placu przed dworcem. Żółtych busików pełno, ciężko się doszukać właściwego z Szeginiami na tablicy, ale w końcu znaleźliśmy, od kierowcy dowiedziałem się że odjedzie za 15 minut, więc pogadaliśmy jeszcze chwilę i odstawiłem tego zawadiakę do marszrutki. Żegnaj Janie Turysto. 
         Misja zakończona (czy sukcesem, to się okaże po przekroczeniu przez niego granicy, ciekawiło mnie czy uda mu się dotrzeć bez znajomości alfabetu i języka), a ja zająłem się teraz organizowaniem naszej pozostałej trójce transportu na jutro rano - do Polski postanowiliśmy wracać pociągiem podmiejskim do granicy. Idę na dworzec i chcę kupić bilet, ale okazuje się, że do pociągów podmiejskich jest dworzec podmiejski. Pytam pani gdzie się ten dworzec znajduje - priamo i prawo. Idę więc jak mi przykazała, a tu same taksówki, żadnego budynku z wyglądem dworca, tylko budki z jedzeniem, bary i kioski. Pytam zwykłych ludzi, to nie kojarzą. Dworzec widmo? Na google maps coś z satelity widać, ale jak tam dojść? Wracam ulicą prosto jak do miasta, kończą się bary szybkiej obsługi i po prawej widzę długą prostą zakończoną placem. No, w końcu. Rzeczywiście, jest tu kilka ślepych peronów i kasa biletowa. Proszę panią o try kwytky na Szehyni, ale okazuje się, że można je kupić dopiero w dniu odjazdu, czyli jutro. Cena to 14,- hrywien. 2 złote z groszami. 
         Wszystkie organizacyjne sprawunki załatwione, to wracam do hotelu, po drodze kupuję jeszcze kwas chlebowy z beczki - 0,3 litra za 7,- hrywien, mały lek na małego kaca. Stamtąd wsiadam w tramwaj, i przez całą Gródecką toleruję cygański koncert, a dam im dwie hrywny, niech sobie kupią coś ładnego. Po drodze widziałem jeszcze wielki przemarsz służb wszelakich, policja, milicja, straż, wojsko, wszyscy zmierzali chodnikami w jakąś stronę, może święto? Wysiadam przy Magnusie, idę do hotelu, a tu pokój zamknięty. Pukam, głucha cisza. To mnie załatwili. Jest 12:00, mieliśmy gdzieś iść wspólnie, a tu taka niespodzianka. Zadzwonić nie zadzwonię, bo wszyscy ustawiliśmy sobie tryb samolotowy, a nawet jak ja włączę sieć, to wątpię, żeby oni nagle postanowili zrobić to samo. Siadam na schodach przed hotelem i próbuję złapać wifi, dzwonię przez messengera. Jest! 
-No co jest, gdzie jesteście?
-Coo..?
-Jesteście na mieście?
-Nie, w pokoju..
IMG 0569Zaspany głos mówił wszystko, po moim wyjściu z Janem zamknęli się i spali dalej, obiboki xD   Zebraliśmy się i wyszliśmy w kierunku Rynku. Dziś do zobaczenia wieża ratuszowa i piękny widok na cały Lwów. Idziemy najpierw na pchli targ, gdzie można dostać wszelkiej maści pamiątki, obrazy i ubrania. Ja wypatrzyłem bardzo ładne karty do gry stylizowane na polskie przedwojenne pocztówki z widokami Lwowa - opakowanie jest w większości po polsku, elegancko wykonane, 20 hrywien (3,20zł). Wziąłem też popularną ostatnio pamiątkę z Ukrainy - rolkę papieru toaletowego z Wołodią, też za 20 hrywien. Poza jego portretem na każdym listku, są też litery ПTH ПHX (PTN PNH) oznaczające ni mniej ni więcej, jak Putin paszoł na chuj. Z targu przechodzimy prosto na Rynek i kierujemy się do ratusza. Wewnątrz kupujemy bilety (wstęp 15,- hrywien), przed nami i za nami sami Polacy. Wchodzimy parę minut pod górę drewnianymi krzywymi schodami, które aż trzeszczą, pewnie zostawione jeszcze za Polaka. Nie patrz w dół ośle, nie patrz w dół. Potem mijamy jakiś system zegarowy i jesteśmy na górze. Preussens Gloria, nie inaczej. 
         Po zejściu z wieży kierowaliśmy się od razu do sprawdzonego miejsca - Chinkalni na Fedorowa. Tym razem gruzińskie pierożki nie służyły za przystawkę, ale za danie główne, dodatkowo wziąłem też zupę czichirtma, czyli taki smaczniejszy rosół. Znów zostawiliśmy spory napiwek i poszliśmy w kierunku ul. Szota Rustaweli, bo chciałem przejechać się jedenastką na największe lwowskie blokowisko - Sychów. Akurat kiedy opuściliśmy restaurację zaczęło kropić, co po chwili przerodziło się w silny zacinający deszcz. Przeszliśmy więc mokrzy przez Podwalną i Plac Soborny, ale po dojściu do pętli trolejbusowej okazało się, że 11 jeździ raz na godzinę i odjechała właśnie kilka minut temu. Wracamy w takim razie na piechotę do Rynku, trolejbusem przejedziemy się wieczorem. Po drodze, przy ul. Kniazia Romana mijam tabliczkę z informacją, że w tym miejscu powstanie pomnik upamiętniający bohaterską rebelię kozacką z 1648 roku. Coś mi się widzi, że Ukraina za bardzo żyje przeszłością, dosyć odległą przeszłością.
         Ulica Halicka widziana z Placu Halickiego bardzo przypomina ul. Świdnicką we Wrocławiu widzianą spod pomnika Chrobrego. I tu i tu po prawej stoi władca (we Lwowie jest to Daniel Halicki, założyciel drewnianej wioski Lwów w XIII wieku, Miasto Lwów założył Kazimierz Wielki w 1356 roku), obie ulice prowadzą z południa do Rynku, obie są reprezantacyjne i przepiękne.  Doczepiliśmy się po drodze do polskich wycieczek i dzięki temu dowiedzieliśmy się czegoś o katedrach łacińskiej i ormiańskiej. Po małym zwiedzaniu szliśmy już prosto do hotelu, zachodząc jeszcze do sklepu Blyzeńko, czyli bliziutko, na pamiątkowe zakupy, a więc litry piwa, kilogramy chałwy i słodyczy.
IMG 0606         Trolejbusem w piękny rejs, śpiewałby Krzysztof Krawczyk, gdyby przyjechał do Lwowa. Używając ukraińskiego na tyle na ile potrafiłem, dowiedziałem się od babuszki jak najszybciej dojść na Uniwersytet Jana Kazimierza (Iwana Franka, a jak). Stamtąd ruszyliśmy dwójką na lotnisko w podróż do przeszłości. Zdezelowana skoda z lat '80-tych bujając na boki zawiozła nas prostą (w sensie geograficznym, nie fizycznym) drogą na lwowskie lotnisko. Niezły kontrast - obok nowoczesnego, pachnącego świeżością terminala parkują stare łady i skody, a obok bogatych turystów wychodzących z odpicowanych terminali, po dziurawych chodnikach biegają bezpańskie psy. Powrotny trolejbus niby już był nowocześniejszy - był to Łaz wyprodukowany na Euro2012, czyli stosunkowo młody. Mimo to na środku miał zerwaną podłogę, spod której wystawały deski, a zamiast jednego okna wstawiona była "szyba" z plexy. Wysiedliśmy przy Uniwersyteckiej i idąc wśród secesyjnych kamienic znów znaleźliśmy się na ulicy Lesia Kurbasa, ale nie będziemy trzeci dzień siedzieć w tym samym miejscu. Przeszliśmy na Stare Miasto i zasiedliśmy w Bruderszafcie przy Ormiańskiej. Nie polecam - drogo nawet jak na lwowskie warunki, o czym świadczyły pustki w środku i na dworze. Słabo było też z obsługą, na dwa piwa i popielniczkę czekaliśmy niecałe piętnaście minut, mimo że byliśmy prawie jedynymi klientami.
         Po wypiciu był kwadrans po dziewiątej, dopiero teraz widać, że Lwów wieczorem też tętni życiem, ale to pewnie przez weekend. Zewsząd muzyka, uliczne koncerty, jakaś kapela młodzików grając "Hallo from the other side" Adele, zgromadziła wokół siebie ponad setkę słuchaczy. Akurat jak zaczyna się robić ładnie to musimy wyjeżdżać, nie życzę tego. Na kolację wstąpiliśmy do Narodnego Restoranu przy Pl. Katedralnym, żeby zjeść coś ruskiego, a najlepiej pierogi. Zajmujemy miejsca, podchodzi puszysta kelnerka i pokazając na kartę wylicza: chinkali - ne maje, pielmieni - ne maje. I tak dalej. A szczo maje? Warenyky. Gdyby ktoś nie wiedział, tak jak ja nie wiedziałem - warenyky to po prostu pierogi. Zwykłe, swojskie pierogi, niczego nowego nie odkryłem. A taką miałem ochotę na drobiowe pielmieni zanurzone od spodu w rosole, pokryte słuszną porcją tłuściutkiej śmietany, takie jakie jadłem w Smoleńsku w 2010 roku... No ale ne maje. Dochodzi 23, do hotelu i spać. Pozdrawiam "ekipę wyjazdową" z Mińska Mazowieckiego poznaną tamtej nocy na hotelowym tarasie. Macie łeb.

 

Galeria zdjęć z 27 maja 2016 r.

Część 5 - Powrót do Polski