sobota, 18 11, 2017

26 maja 2016 - Lwów cz.2

         "...gdzie śpiewem cię tulą i budzą ze snu...

...tylko we Lwowie"

 

         Dobrze powiedziane. A raczej zaśpiewane, bo ta melodia towarzyszyła nam jako budzik przy wstawaniu po wczorajszym zachłyśnięciu się (dosłownie i w przenośni) Lwowem. Po umyciu się wyszedłem sam na najbliższe skrzyżowanie po śniadanie dla naszej czwórki, postanowiliśmy spróbować jedzenia z fastfoodów w budkach. Za 30 hrywien (5zł) można było dostać pokaźnej wielkości burrito pakowane w foliową reklamówkę, wziąłem cztery sztuki i zjedliśmy ciężkie śniadanie na hotelowym podwórku. Jeszcze chwila odpoczynku i leniwie wygrzebaliśmy się z pokoju, czas pokazać trochę miasta - na początek Cmentarz Łyczakowski.
         Tak jak już wspominałem, komunikacja (miejska i nie tylko) w tym rejonie świata działa na specyficznych zasadach. Obserwując ruch uliczny ma się wrażenie, że obowiązuje tu ważna reguła - kto lepszy ten pierwszy. Tramwaj stoi, BMW X5 jedzie. A co do tramwajów, to trzeba przyznać, że jeśli się nie jest stąd, to ciężko się połapać. Na przystanku nie ma rozkładu jazdy, jest tylko tabliczka z symbolem tramwaju i podaną częstotliwością, czyli o jakiej porze dnia co ile można się spodziewać kolejnych pojazdów. Przeszliśmy przez targ za Operą, trochę pod górę ulicą Targową i doszliśmy do pierwszego lepszego przystanku w kierunku wschodnim - Teatr Lalek. Od babuszki dowiedziałem się, że na Łyczaków to siódemką, więc czekamy. Czas mija. W końcu, wtacza się powoli stara bimba, bilety kasujemy jak w PRLu dziurkaczem z wajchą i jedziemy 15-20 kilometrów na godzinę po krzywych torach, obserwując piękny Lwów zza okien. A jest co oglądać, bo kamienic tu więcej niż w Krakowie - przed wojną największym miastem Polski była Warszawa (1 178 000 ludności), potem Łódź (605 000) a trzeci Lwów właśnie - 316 000. Kraków dopiero na piątym miejscu z 220 tysiącami, zaraz za Poznaniem.
IMG 0477         Droga prowadząca na cmentarz zablokowana, tramwaj nie skręca, więc trzeba wysiąść przy ul. Miecznikowa i iść kilometr w dół po rozkopanej ulicy. Okolica cmentarza Łyczakowskiego to państwo w państwie - gdzie się nie ruszyć, wszędzie Polacy. Polskie autokary, polskie samochody, polskie wycieczki, nasz odpowiednik sytuacji na Langer Markt i rejonu Marienkirche w Freie Stadt Danzig. Przed bramą chodzi facet i sprzedaje gazety i przewodniki, mówi o sobie że Polak. Przewodnika nie kupię, ale gazetę to możesz pan dać, Kurier Galicyjski, 20,-  hrywien albo 3 złote. Dowiedzieliśmy się od niego, że Polaków zostało tu 3% - na 800 000 mieszkańców, prawdziwych lwowian jest tu ok 25 000. To i tak dużo, jeśli spojrzy się na analogiczną sytuację u nas - Niemcy zostali tylko na wsiach pod Opolem, a co dopiero mówić o jakichś większych skupiskach w Breslau czy Stettin. 
         Z tego co widzę, można wejść na cmentarz bez biletów, bo nikt tego nie kontroluje, ale ja i tak poszedłem do kasy po prawej, żeby mieć jakąś pamiątkę. Bilet wstępu - 15,- hr (2,50zł), bilet pozwolenia na fotografowanie - 10,- hr (1,60zł). Byłem tu już raz w 2012 roku z wycieczką i przewodnikiem, teraz sami sobie byliśmy przewodnikami. Piękne są te polskie rodzinne grobowce, pełno tu takich szlacheckich nazwisk jak Raczewscy, Riedlowa z Wolińskich i inni Nałęcz-Potoccy. We Lwowie spoczywa między innymi poetka Maria Konopnicka, matematyk Stefan Banach i poeta Władysław Bełza ("Kto ty jesteś - Polak mały"). Jednak najważniejszym miejscem jest oczywiście Cmentarz Orląt - pochowana jest tu polska młodzież, najczęściej w wieku 16-21 lat, która broniła swojego miasta w listopadzie 1918 roku przed uzbrojonymi ukraińskimi bandami. Kolejny raz historia nie daje litości Ukraińcom - potrafili ruszyć zaatakować polskie miasto tylko wtedy, kiedy regularne polskie wojsko nie zdążyło wrócić ze służby na frontach pierwszej wojny światowej i w mieście były tylko kobiety, starcy i młodzież szkolna. Mimo to nie udało im się zabrać Lwowa - Orlęta skutecznie odparły oblężenie do czasu powrotu polskich wojsk wiosną 1919 i zatrzymały Lwów przy Polsce. Los tę część cmentarza potraktował bardzo brutalnie - po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1940 roku cmentarz został splądrowany, a w latach siedemdziesiątych, za czasów Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej został kompletnie zdewastowany. Jechano czołgami po mogiłach, burzono kolumny, ostrzeliwano napisy. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaczęto odbudowę tego miejsca i dziś dzięki polskiemu wsparciu finansowemu można oglądać przywrócony temu miejscu blask. Chodząc między nagrobkami polskich rówieśników poczułem coś dziwnego, takie silne wzruszenie, choć nikogo z nich nie znałem. Wystarczyło mi, że uświadomię sobie, że ich wysiłek poszedł na marne. Oddali swe życie, żeby obronić miasto, w którym się wychowali, a dziś spoczywają niby w tym samym miejscu, ale w obcym, wrogim im otoczeniu, w jakimś obwodzie lwowskim, w państwie Ukraina. Żeby ich odwiedzić, trzeba jechać z paszportem do innego kraju, choć z takiego Rzeszowa bliżej tu niż do Krakowa.
IMG 0490         Ech, refleksje. Pod sam koniec spaceru dołączyliśmy się jeszcze do jednej z polskich wycieczek żeby posłuchać czegoś ciekawego, a kiedy skończyło kropić i wyszło słońce, przeszliśmy z cmentarza do najbliższego knajpopodobnego lokalu. Frytki za 20,- hr (3zł) i cydr gruszkowy Somersby, bodajże 25,- hr (4zł). Posiedzieli, popili, godzina 15:00, to tramwajem z powrotem do miasta. Najpierw trafiliśmy na przepiękną ulicę Fedorowa, przy której znaleźliśmy ciekawy lokal - gruzińską restaurację Chinkalnia. Postanowiliśmy tu wrócić wieczorem, bo piwo i frytki na tę chwilę okazały się wystarczające, idziemy dalej. Rynek we Lwowie to dzieło sztuki. Dla mnie jest hybrydą krakowskiego i wrocławskiego - połączeniem zarówno austrowęgierskiej secesji i niemieckiej wielkomiejskiej architektury. Podobieństwa do Wrocławia nadają też cztery kolumny greckich bogów w czterech rogach Rynku. Ogólnie rzecz biorąc, powojenny Wrocław miał przecież pełnić rolę zastępczą za Lwów w odrodzonej Polsce - to tam właśnie zamieszkała duża część przesiedlonych lwowian, a także przeniesiono zbiory i dzieła sztuki, m.in. Ossolineum i Panoramę Racławicką. Po krótkiej wizycie na poczcie (znaczek do Polski 15,- hr - 2,50zł, kartka 5,- hr - 0,80zł) zrobiliśmy małe zakupy w ukraińskim ciuchu, bo zabrakło mi spodni i poszliśmy na odpoczynek do hotelu.
         Już prawie dziewiętnasta, więc pora na kolację w gruzińskiej restauracji. Przeszliśmy nowymi ulicami, m.in. Drukarską, gdzie na zielonym budynku o numerze 45 widać duży napis JAN MUSZYŃSKI i inne, które ciężko rozczytać. Przeszliśmy na ulicę Fedorowa i zajęliśmy miejsce w środku. Lokal trochę mały i nie wystrojony na bogato, poza paroma malunkami na ścianach. Miła pani od razu podaje karty i mimo że czytam cyrylicą, to nazwy nic mi nie mówiły - chaczapuri, czaszuszuli, chinkali, więc pytałem panią po kolei czym różni się na przykład chaczapuri po chadżarsku od tego po mengrelsku. Na początek zamówiliśmy oczywiście cztery piwa (19,-), ja i Miłosz wzięliśmy chaczapuri po mengrelsku (52,-), Marcin czaszuszuli (67,-), a Jan zwany Nają chaczapuri po adżarsku (55,-). Wszystko braliśmy na czuja - nie wiedzieliśmy co będzie zupą a co daniem. Okazało się, że chaczapuri to placek podobny do węgierskich langoszy - smażony na głębokim oleju i strasznie tłusty. To po mengrelsku było z serem, a po adżarsku z jajkiem. Ja domówiłem do tego ostry sos sacebeli w miseczce (12,-) i jakoś dało się to zjeść, bo inaczej byłoby bardzo mdłe. Rozmiar tego placka jest ciut mniejszy niż standardowej pizzy, ale syci porządnie, a czaszuszuli okazało się być gruzińskim gulaszem, czyli wołowiną duszoną w pomidorach i przyprawach. Podsumowując pierwsze spotkanie z gruzińską kuchnią - jest nowość, jest ciekawe, ale nie porwało. Ale chwila, są jeszcze fajne ulotki pokazujące obrazkowo jak jeść chinkali. Z tego co zrozumiałem po ukraińsku jest to przyprawione mięso pływające w bulionie zawinięte w ciasto. No to może spróbujemy po jednym? Zamówiliśmy cztery sztuki (6,50 za jedną) i spróbowaliśmy. O cholera. Teraz to mnie porwało. Te piękne, świeżo z wody wyjęte, parujące zawiniątka są wspaniałe. Najpierw trzeba przegryźć cienkie ciasto od spodu, wypić gorącą zupę i zajadać się przyprawionym na ostro mięsem, zostawiając tylko zawinięty wierzch ciasta, który wewnątrz zawsze pozostaje surowy. Pyszności. Szkoda tylko, że miejsca w brzuchu nie starczyło. Ogólny rachunek na cztery osoby wyszedł 358,50 hrywien, czyli niecałe 60 złotych. Zaokrągliliśmy to do 400,- hrywien, należało im się za to ostatnie wrażenie pozostawione na kliencie, koniecznie jutro tu wracamy.
         "Dobrze jest brzuch pełny mieć, pełny jak magazyn...", śpiewał ktoś z kabaretu Potem, dokładnie to samo teraz myślałem. Po takiej uczcie, to tylko długi spacerek. A na ten we Lwowie najlepiej wybrać się do Parku Kościuszki. No dobra, zejdźmy na ziemię, Park Iwana Franka. Przechodzimy przez majestatyczne Wały Hetmańskie, które tracą na wdzięku, jeśli spojrzy się na dzisiejszą nazwę - Prospekt Swobody. Warto też pamiętać, że na Wałach Hetmańskich do roku 1950 stał pomnik Jana III Sobieskiego. Dlaczego polski pomnik polskiego króla przetrwał sześć lat pod radziecką władzą? Ano dlatego, że nasz król w tym żeliwnym ujęciu był bardzo podobny do Bohdana Chmielnickiego i pozostawiono go na miejscu celem lekkiej stylizacji. W końcu jednak przekazano go władzom PRL, które postawiły pomnik na 15 lat w parku na Wilanowie, skąd trafił na miejsce, w którym stoi do dziś. Ktoś już kojarzy? Tak, Targ Drzewny w Gdańsku. Dlatego nadal na boku pomnika na złoto błyszczy się napis

KRÓLOWI
JANOWI III
MIASTO LWÓW
MDCCCXCVIII

IMG 0537         Akurat kiedy docieramy do parku, nastaje piękny zmierzch. Dzieci biegają po placach zabaw, alejkami biegają ludzie, starsi rozmawiają, a my idziemy na ostatnie małe zwiedzanie tego dnia, czyli pod grekokatolicką Katedrę św. Jura. Ten wspaniały budynek na wzniesieniu, choć oddalony trochę od centrum, przez ponad sto lat miał znaczenie ostoi ukraińskiej tożsamości narodowej, a w chwilach wojennych służył za centrum oporu i walki konspiracyjnej. Dlatego dziś to miejsce jest bardzo znaczące, jego okolica została odnowiona, a przez bramę soboru co chwila wchodzą ludzie. Weszliśmy na dziedziniec, ale niestety środek był zamknięty. No trudno, obeszliśmy piękny kościół dookoła i po sesji zdjęciowej z jakimś samotnym kotkiem, który się do nas łasił, zeszliśmy już w ciemności z powrotem do miasta ulicą Listopadowego Czynu. Aha, gdyby ktoś był ciekawy. Ten "Listopadowy Czyn" to właśnie wspaniały zryw ukraińskiej armii przeciw lwowskim polskim dzieciom w listopadzie 1918. Jest już 22:00, jeść się nie chce, ale coś by się wypiło. Nie wiedzieć czemu, ale znów znaleźliśmy się w tym samym miejscu co wczoraj - przy ul. Lesia Kurbasa. Tym razem zasiedliśmy na dworze w restauracji Praga, po piwku i horiłce. Ledwo zrobiła się jedenasta i już zamykają. Co to jest? W Lublinie na Starym Mieście do drugiej popijesz, a tu, we Lwowi nielza? Może dbają o trzeźwość? Na rogu ul. Kurbasa i ul. Tyktora, na kamienicy o numerze 10 są piękne odnowione napisy po polsku i niemiecku informujące o mleczarskim asortymencie tego dawnego sklepu. Na orientację przeszliśmy Gródecką i obok Opery na boczne ulice Rynku, gdzie w tym samym sklepie wyskokowym na Ormiańskiej obsługiwała nas ta sama zmęczona życiem pani, ale tym razem nie braliśmy miedowuchy, tylko pół litra wrzosowej gorzałki Hetman za 55,-hr (9,-zł), ale z piciem się wstrzymamy, bo w brzuchu jednak burczy. Od wchłonięcia gruzińskich pyszności minęło już trochę czasu, a tu w okolicy wszystko zamknięte, McDonald nieczynny, chyba trzeba będzie pójść spać na głodnego. A jednak, jest jeszcze jakaś otwarta restauracja Da Vinci na rogu Ormiańskiej i Wałów Hetmańskich. Pod lokalem zaparkowane same luksusowe samochody, w środku siedzą wystrojeni ludzie, pary wręczające sobie biżuterię, jakieś lokalne elity, a tu wchodzimy my, może nie cali na biało, ale z pustymi brzuchami. Siadamy na tarasie z widokiem na Operę i po chwili od miłej pani dostajemy karty. Już myślałem, że zajrzymy i wyjdziemy, a tu niespodzianka - piwo w cenie na nasze do 5,-zł, a pizza za 70-80 hrywien, czyli 12-13 złotych. Bogactwo. Wzięliśmy po browarze i po pizzy na dwóch, jedną o nazwie Luigi z dedykacją dla Luigiego, który bardzo chciał z nami pojechać do Lwowa, ale nie wypaliło. 
         Pizza wyśmienita, szczególnie polana oliwą. Mogę polecić to miejsce. Znów zostawiliśmy napiwek za bardzo miłą obsługę i poszliśmy w kierunku hotelu. Przystanęliśmy pod Operą, żeby obalić hetmanat. Chciałem otworzyć butelkę ale miałem zajęte ręce, więc położyłem aparat na jakimś zakrytym na noc fortepianie stojącym na placu. Coś tam podśmiechujemy, zaczynamy otwierać butelkę, aż tu nagle z tego fortepianu spod koca wyłania się ludzka postać i słychać zmęczony głos syny, możete troszki dalsze? Ja wręcz opierałem się o ten fortepian, więc odskoczyłem jak poparzony, człowiek śpiący w fortepianie? Przeprosiliśmy miłego pana, oddaliliśmy się sto metrów i ryknęliśmy ze śmiechu. Wróciliśmy do hotelu gdzieś po pierwszej, hetmanatu nie udało się obalić w całości, jacyś słabi ci moi husarze, resztą musiałem zająć się sam. 

 

Galeria z 26 maja 2016 

Część 4 - Lwów krajoznawczo