sobota, 18 11, 2017

25 maja 2016 - Przemyśl & Lwów

         To już dziś. Dziś po raz pierwszy odwiedzę Ukrainę na własną rękę, bez biur podróży, bez zorganizowanego pobytu. Jeśli chodzi o czas, to mieliśmy tego dnia całkowitą dowolność - to nie jest zachód, gdzie polega się na rozkładzie. Tu zawsze coś jeździ i zawsze czymś się można dalej dostać. Po śniadaniu kupionym w najbliższym sklepie pożegnaliśmy schronisko i wyszliśmy na mały spacer po Przemyślu, dzięki moim poprzednim wizytom w tym mieście mogłem robić znajomym za przewodnika. Przeszliśmy San, zaszliśmy do obu katedr (katolickiej i grekokatolickiej), nastukaliśmy zdjęć i zawróciliśmy na przystanek przy Placu Jagiellońskim, skąd mieliśmy odjechać do Medyki. 
-Przepraszam panią, stąd odjeżdżają busy do granicy?
-Ano stąd.
-A nie wie pani kiedy będzie?
-Jak przyjedzie to będzie
IMG 0426Już czuć klimat Ukrainy :)   Rzeczywiście, nie musieliśmy długo czekać, po chwili podjechał długi czerwony autobus z 08 MEDYKA na wyświetlaczu, kierowca skasował po 2 złote i ruszyliśmy. Świeżo po wyjeździe z Przemyśla autobus skręca z drogi krajowej w jakąś wiejską uliczkę, zaczynają się zabudowania, parę ludzi szykuje się do wyjścia, to my też. Nie sprawdziłem, czy autobus jedzie dalej pod samą granicę, więc wolałem przezornie wysiąść wcześniej na wsi. Okazało się, że to był błąd - nie dość, że napotkana przez nas pani uświadomiła nas, że autobus jednak jedzie pod samo przejście, to do granicy zostało nam ponad 2 kilometry, a z czarnych gęstych chmur zaczęło padać. No nic, sznurujemy. Dobrze że miałem parasol, ale na wiele się nie zdał, bo deszcz w parę minut zamienił się w ulewną burzę z piorunami i mój deszczoochraniacz był do wyrzucenia. Uciekliśmy szybko do szkoły podstawowej w Medyce i czekaliśmy aż przestanie lać. Na to nie trzeba było długo czekać, bo już dziesięć minut później chmury znikły i zaczęło świecić słońce, więc idziemy dalej. Minęliśmy zabytkowy drewniany kościół św. Piotra i Pawła (roboczo nazwany kościołem z patyczków po lodach), odbijamy w prawo, potem most pod torami i już widać plac przygraniczny z busikami i mrówkami oferującymi wódkę i papierosy. Jest też znak Rzeczpospolita Polska i chodnik otoczony zielonym ogrodzeniem. Kontrola paszportowa tu, przerwa, kontrola paszportowa tam, dziękuję, 12:50 staje się 13:50, witam panów na Rusi.

         Zaczyna się kraina samochodowych kontrastów, reklamowego kapitalizmu i papierosowego dymu. Idziemy prosto wzdłuż budek z kantorami i ubezpieczeniami, po 100 metrach skręcamy w lewo na placyk z żółtymi marszrutkami. W białym pokoiku mieści się kasa, proszę panią o czotyry kwytky na Lwiu, jeden wychodzi po 36,75hr, czyli 6 złotych z groszami. Jeden ze stojących busów miał tabliczkę ze Lwowem, zajmujemy miejsca z biletami i czekamy aż się zapełni. Tak jak wspominałem, tu nie ma rozkładu, tylko autobus rusza jak nazbiera się komplet pasażerów. Brzmi niezachęcająco, ale naprawdę, nie czekaliśmy dłużej niż 10 minut, to chyba magiczne działanie tej słynnej niewidzialnej ręki wolnego rynku. Przed odjazdem kierowca wstał, popatrzył czy każdy ma bilet, przeżegnał się do ikony i odjechaliśmy w dymie spalin bujając się na boki. Jazda trochę się dłuży, bo z drogi międzynarodowej autobus często zjeżdża do miasteczek i robi tam parominutowe przerwy, m.in. Mościska i Gródek Jagielloński. W międzyczasie przestało padać i wyszły na niebo pięknie ścięte chmurki, a słońce mocno odbijało się od złotych cerkiewnych kopuł stojących w co drugiej wsi. Czasem robiło się tłoczno, ciągle słychać było sidities', babuszka, jakieś gadki o pieniądzach i Polsce, aż w końcu dojechaliśmy do obwodnicy Lwowa, którą poznałem z wyjazdu w Karpaty Wschodnie 2012, potem długa prosta ulicą Gródecką i o 16:00 wysiadamy na dziurawym, brukowanym placu pod przepięknym lwowskim dworcem.
IMG 0435          Może nie okazywałem wtedy ekscytacji, ale w środku mnie nosiło. Jestem tu, gdzie chciałem być, w kieszeni paszport i pieniądze, a miasto, właśnie dokładnie to miasto, tylko czeka, żeby mi wszystko pokazać. Tu, we Lwowie, jak w mało którym miejscu dotychczas przeze mnie odwiedzonym, poczułem przypływ wolności. Pierwsze kroki to kierunek hotel, mieliśmy spać w obiekcie Hotel Kaiser przy ul. Kotlarskiej. W kiosku kupiliśmy od razu 40 biletów normalnych (cena biletu na tramwaj/trolejbus to 2,-hr/0,30zł) i poszliśmy na przystanek, a ja użyłem końca języka za przewodnika i tym sposobem wsiedliśmy w szóstkę pod Operę. Kończą się dworcowe obskurne budki i wjeżdżamy w ulicę Gródecką, o tak, neogotycki Kościół św. Elżbiety górujący nad rzędem przedwojennych kamienic to jest to. Kolejne ciekawe spostrzeżenia, to że tramwaje i samochody jadą bokiem, a na środkach ulic ludzie normalnie parkują, widać to na zdjęciach. 
         "Wulycja Nalywajka" rozlega się z głośnika w tramwaju, więc wysiadamy. Ale tu tłok, wszędzie setki ludzi, ci biegną, tamci trąbią, trafiliśmy chyba na lwowskie godziny szczytu. Świateł nie ma, to znaczy są, ale przechodzi się wtedy, kiedy nic nie jedzie. Nie ma co liczyć na przepuszczenie przez kierowcę, ostatecznie zamiast rozjechać może przyspieszyć, zatrzymać się z piskiem opon i zwymyślać, nawet jak przechodzisz na przejściu na zielonym. I znów pada... Google maps wskazały, że trzeba minąć tylko wielki dom handlowy Magnus, w lewo Szpitalną i na prawo już jest Kotlarska. Jesteśmy na miejscu.
         Po całej podróży, po całym ganianiu, przesiadaniu się, szukaniu ulic w deszczu, wejście do hotelu było jak wejście do Shaolinu. To już tu, cel osiągnięty. Niech nasz czas na ogarnięcie się i odpoczęcie symbolizuje ta przerwa w tekście.

 

 

 

 

 

 

IMG 0438         Ulica Kotlarska, przy której mieliśmy pobyt, wygląda jak wyciągnięta z przedwojennego Lwowa, przechowana na czas wojny, radzieckiej okupacji i wciśnięta z powrotem na swoje miejsce jakieś kilka lat temu. Są tutaj dwa dawne polskie sklepy, jeden jubilerski na rogu ze Szpitalną, drugi przy Kotlarskiej 8, gdzie widać zachowane napisy po polsku i w jidysz, między innymi SKŁAD TOWARÓW GALANTERYJNYCH, NORYMBERSKICH I PRZYBORY KRAWIECZYZNY. Jest też tablica pamiątkowa po ukraińsku i w jidysz informująca o tym, że przy tej ulicy przed wojną mieszkał Szolom Alechem, żydowski poeta związany ze Lwowem. Jeśli chodzi o lokalizację, to z Kotlarskiej pod Operę mieliśmy dwie minuty. Biorąc to wszystko pod uwagę, za hotel zapłaciliśmy grosze - wyszło 16 złotych na osobę w pokoju 4-osobowym. Żyć nie umierać na tej Ukrainie. No, godzina 19:00, padać przestało, a więc let me be your guide, gentlemen. Poszliśmy odświeżeni i wolni od bagażu na piechotę na Zamkową Górę, czyli po polsku Kopiec Unii Lubelskiej. Najpierw do targu Dobrobut, potem ulicą Chmielnickiego na północ i przy Pilnikarskiej odbiliśmy w prawo, gdzie trzeba było ostro piąć pod górę. Skrzyżowanie z ulicą Smerekową, które właśnie mijaliśmy, to jedno z piękniejszych miejsc jakie widziałem w miejskich przestrzeniach. A może to przez zachodzące słońce? Nie wiem, ale od tamtej pory zdjęcie tego miejsca mam na tapecie. Potem kończą się drogowskazy, ale wystarczy iść za innymi ludźmi i wchodzi się na teren parku, gdzie stoi m.in. pomnik poświęcony "bohaterskim wojskom kozackim, które pod wodzą Maksyma Krywonosa w 1648 rozgromiły wojska polsko-szlacheckich zaborców i zdobyły zamek na tej górze". Patrząc ogólnie po tablicach i pomnikach można odnieść wrażenie, że kozacka rebelia sprzed setek lat i upowscy kolaboranci to jedyne powody do dumy dla tego narodu. 
         Jeszcze tylko pod górę, kamienna spirala i jesteśmy na szczycie. Zawsze, kiedy jestem na jakimś wysokim punkcie i mam widok na całe miasto, nagrywam panoramę z pruskim marszem Preußens Gloria jako podkładem, tym razem nie mogło być inaczej. Widok zapierał dech w piersiach. U podnóża między drzewami widać było całe Stare Miasto, z drugiej strony kopca rozciąga się Podzamcze ze stacją kolejową i prostą jak w mordę strzelił aleją Chmielnickiego, a obróciwszy się na zachód widać przepiękne południoworoztoczańskie wzniesienia, ktore oświetlane słońcem i pokryte mgłą przypominały krainę jak z Władcy Pierścieni. Szkoda, że aparat tego tak dobrze nie oddał... Odpoczęliśmy sobie na szczycie parę minut wśród ukraińskich par robiących sobie selfie i zaczęliśmy powoli wracać na dół. Zakładaliśmy się w tym czasie ile może mieć wieża telewizyjna stojąca obok, licząc na oko - 140m, 160m? Okazało się, że ma aż 192 metry wysokości, czyli o 4 więcej od naszego Pałacu Kultury.
IMG 0462         Dochodzi 21:00, a my nie spróbowaliśmy jeszcze żadnych cudów wschodniej kuchni. Krakowskie obwarzanki się skończyły, więc pora na obiadokolację. Na razie nie będziemy sie rzucać na szeroką wodę i szukać restauracji, tylko na pierwszy raz skorzystamy ze sprawdzonego rozwiązania - Puzata Chata. Lwowscy bywalcy pewnie kojarzą to miejsce na rogu Siczowych Strzelców i Kopernika, a ci, którzy tu jeszcze nie byli, łatwo mogą sobie to skojarzyć z naszą Pyzatą Chatą, choć te ukraińskie są lepiej zaopatrzone i bardziej klimatyczne. Idea jest prosta - jest to pół-samoobsługowa restauracja, w której bierze się tacę i przechodzi kolejno parę stoisk i od kolejnych pań bierze się kolejne dania - na początku wybiera się surówki, potem zupy, następnie część główna czyli mięsa wraz z dodatkami, potem ewentualnie jakiś deser no i oczywiście piwo. Na koniec idzie się do kasy i dopiero wtedy dowiemy się, ile zapłacimy - wcześniej nie jest to ważone. Nie ma jednak co się ograniczać, bo cena i tak wychodzi śmiesznie mała. Za swój obiad składający się z zupy, dużego kotleta wieprzowo-drobiowego, surówki z ogórków i kapusty, ziemniaków z omastą i gulaszem oraz piwem zapłaciłem 88,30hr, czyli niecałe 15,-zł. A ilość? Mówię szczerze - byłem dosyć poważnie głodny, a wystarczyła mi sama zupa, przepyszna solanka z mięsem. Jest tak tłuściutka, że syci wystarczająco. Nasycenie jednak po chwili minęło i z apetytem zjadłem resztę. A piwo? Zibert switłe (jasne), lepszego nie piłem od miesięcy. Słowem - Puzatą Chatę polecam każdemu.
         Najedzeni wyszliśmy po 22:00, przed lokalem zaczepia nas jakiś Ukrainiec ze swoją panną i mamrocze coś po swojemu, chyba pytał o kierunek i mu się spieszyło. Nie bardzo zrozumiałem o co mu chodzi, więc odpowiedziałem że nie wiem, my z Polski jesteśmy. Machnął ręką z pogardą, coś odburknął i poszli w swoją stronę. Podczas czterech dni pobytu był to dosłownie jedyny przypadek, kiedy ktoś odniósł się do nas w nie-pozytywny sposób. Kiedy kupowałem bilety w kiosku chwilę po przyjeździe, jakiś dziadek chciał kupić papierosy bo mu się spieszyło, to odpowiedziałem proszę, niech pan przejdzie. Od razu po usłyszeniu polskiego języka uśmiechnął się, poklepał po ramieniu i próbował mówić jakieś słowa po polsku. W sklepach też, nawet nie podejdziemy do kasy, wystarczy że pani z daleka usłyszy jak rozmawiamy i już pyta się po naszemu. Naprawdę, poza podpitymi młodymi ukraińcami, którym dziewczyna mogła tego dnia popsuć humor, nie ma tu niczego, czego mógłby się obawiać Polak z racji swojej narodowości. 
         Zboczyłem trochę z kulinarnego tematu, a my w tym czasie znaleźliśmy się na ulicy Lesia Kurbasa i zatrzymaliśmy się na dworze w Kafe Kazka, żeby doprawić się czymś na dobry początek pobytu. Wzięliśmy po karpackiej nalewce na trawach, 100ml za bodajże 24hr, czyli 4,- złote. Uchu, pyszniutkie mocniutkie, ale kolejnej kolejki już nie zamówiliśmy, bo dochodziła jedenasta i zamykali lokal. Przeszliśmy potem klucząc bocznymi uliczkami na Rynek, obeszliśmy go parę razy, zaszliśmy do sklepu z artykułami wysokoprocentowymi i z tego co pamiętam wzięliśmy brązową Miedowuchę 200ml za 20hr (3,30zł). Miałem jej nie otwierać, ale że humor dopisywał to po paru minutach zorientowałem się, że już nie ma połowy. Na zakończenie wspaniałego dnia udzielił nam się klimat rusińskiego ludowego wesela i pod Operą potańczyliśmy trochę jak pan Zagłoba śpiewając Ruta Miata, oczywiście wszystko w granicach przyzwoitości, dobrego smaku i wyczucia rytmu. Nie fałszowałem!

 

Galeria zdjęć z 25 maja 2016

Część 3 - Lwów turystycznie