sobota, 18 11, 2017

24 maja 2016 - Wadowice & Kraków

         Nareszcie skończył się prawie miesięczny okres matur. A gdzie idzie się po maturach? Oczywiście, że na kremówki, ale dzięki odrobinie zaangażowania, zainteresowaniu klasy i organizacji nie poszliśmy do najbliższej cukierni, tylko prosto do kremówkowej metropolii - Wadowic. Ja dodałem do tego parę dni pobytu we Lwowie, ale na tę podróż już tak wielu chętnych nie było - a bo że niebezpiecznie, a że daleko, a bo banderowcy pokroją i zjedzą z barszczem i pierogami gdzieś w lesie. Ostatecznie na wyjazd do Wadowic zdecydowało się 13 osób, z czego 4 wracały tego samego dnia do Lublina, 5 zostawało w Krakowie, a 4 włącznie ze mną jechały dalej na wschód. 

 

         Jak człowiek pomyśli na co właśnie się wybiera, to aż wstawać lekko. Gdzieś o 5:30 wyszedłem na rower i jadąc przez Saski dostaję od znajomego film, że właśnie jedzie przez Racławickie. Przyspieszyłem tempa i spotkaliśmy się na rogu z Lipową - pierwszego uczestnika już mam :)   Z racji tego, że byłem organizatorem, chciałem być na dworcu pierwszy, żeby kompletować moich dwunastu kremówkowych apostołów, ale na stacji czekało już kilka osób, proszę jacy porządni. Do odjazdu pół godziny, więc pora na śniadanie w postaci hotdoga i kawy z żabki, w tym czasie wszyscy zdążyli się pojawić i poszliśmy zająć nasze dwa przedziały. Jazda minęła płynnie i bardzo pozytywnie, szczególnie jak próbowaliśmy przewidywać co może nas spotkać we Lwowie. Klimat zepsuł tylko konduktor, który wlepił koleżance karę za rzekomy brak ważnego dokumentu - miała legitymację  z pieczątką na rok 2016, tylko według niego była ona w złym miejscu i musiała dopłacić jak do biletu normalnego. Kiedy próbowaliśmy rozmawiać i podawać argumenty, to jego odpowiedzią na nasze "ale..." było "ale, to się górale na skale". Ot, służbista. 
IMG 0378         W Krakowie byliśmy o 10:40, a bus do Wadowic odjeżdżał o 11:10. Nie miałem pewności czy zdążymy, bo nie dość, że trzeba było znaleźć przystanek odjazdu na Ogrodowej, to jeszcze każdy musiał pochować bagaże na dworcu, bo nie ma co się z wyjazdowymi walizkami do papieża ciągać. Na szczęście grupa okazała się być bardzo zorganizowana i z Galerii Krakowskiej wyszliśmy w parę minut i przeszliśmy na placyk z busami. Nie widać było żadnego interesującego nas rozkładu, oznaczenia, ale wśród wielu białych sprinterów zauważyliśmy tabliczkę z napisem WADOWICE, kierowca odpalił silnik, pomanewrował po żwirze i można było wsiadać. Nasza ekipa zajęła połowę miejsc, więc dosiadający się po drodze musieli już stać w przejściu. Jazda nie była przyjemna - grzało mocne majowe słońce, więc było duszno i gorąco, dodatkowo gdzieś przed Kalwarią Zebrzydowską remontowali DK 52 i jazda ruchem wahadłowym w upale bardzo się dłużyła. W końcu minęliśmy długo wyczekiwaną tabliczkę z nazwą papogrodu i wysiedliśmy o 12:30 przy dworcu PKP. Stamtąd przeszliśmy na piechotę przez jakieś osiedle, ulicę Lwowską i znaleźliśmy się w miejscu, w którym wszystko się zaczęło. O kremówki tu nietrudno, ale trzeba wybrać te najlepsze, najbardziej papieskie z papieskich. Usiedliśmy w cukierni przy Rynku 5 (przepraszam, Placu Jana Pawła II 5) i zamówiliśmy na początku kulturalnie, po jednej. Po zjedzeniu towarzystwo się rozzuchwaliło i co mocniejsi zawodnicy wzięli drugą, ale taka dawka dikremówczanu klepie wystarczająco mocno, żeby wyłączyć człowieka na parę minut. Na ochłonięcie wzięliśmy litr coli i spacerem tą samą drogą  wróciliśmy na dworzec kolejowy, z którego o 14:00 odjechaliśmy elektrycznym szynobusem na Kraków Płaszów. Półtorej godziny jazdy w klimatyzowanym szynobusie minęło bardzo przyjemnie, można było trochę pospać i zregenerować się po zawodach pochłaniania kremówek. Na Płaszowie kilkunastuminutowa przesiadka i odjechaliśmy Kolejami Małopolskimi do centrum Krakowa. 
IMG 0392         Jest 16:00. Wadowickie wyzwanie za nami, teraz przyszła pora na popołudniowy odpoczynek w Krakowie, zanim każdy pojedzie w swoją stronę. Zgodnie z sugestią największego konesera Krakowa wśród nas poszliśmy najpierw na piwo do Kompanii Piwowarskiej w Sukiennicach. Cen już nie pamiętam, można na pewno było zamówić litrowy kufel lanego żywca za 15,-zł na dwóch, co było dobrą opcją. Miejski gwar, popołudniowe małopolskie słońce grzejące w plecy, pod nosem stoi kufel piwska, a jutro o tej porze będę wychodził zwiedzać Lwów. Czego chcieć więcej? Burgera. Na te poszliśmy, a gdzieżby indziej, do MoaBurger przy Mikołajskiej. Myśleliśmy, że jak tyle osób zamówi naraz po burgerze, to będziemy czekać godzinę, ale trzeba przyznać, że poszło im to bardzo sprawnie i zaczęliśmy jeść niemal równocześnie. Oj, wielkie bydlę, Co prawda bez zestawu, ale to i tak wystarczyło, żeby się zapełnić aż po sam Przemyśl. Powoli zbliża się 18sta, więc zmierzamy już na dworzec.  Ostatnie zakupy, coś do picia, odbiór bagażu i czas się żegnać - najpierw odprawiliśmy czterech Lubliniaków wracających do domu, a potem my, Lwowiacy, pożegnaliśmy się z Krakowiakami i odjechaliśmy na wostok. Od momentu opuszczenia Krakowa o 18:44 podróż nabrała nowej atmosfery. Opuszczamy znajomych, pewne i sprawdzone rodzinne strony, a z każdą minutą i kilometrem zbliżamy się coraz bardziej do nowego celu, na który każdy z naszej czwórki czekał. W bezprzedziałowym wagonie były gniazdka, więc czas minął szybko i ani się spostrzegliśmy, a pełny wagon zupełnie opustoszał, słońce zdążyło zajść, zostaliśmy tylko my i gdzieś za Jarosławiem trzeba było się zbierać do wyjścia. 22:30, Przemyśl.
         Przemyskie Zasanie nie jest stacją przeznaczoną do nocnych podróży. Mimo tego, że zatrzymują się tu pociągi Intercity, to perony nie są wyposażone w latarnie i krótko mówiąc jest tu ciemno jak w dupie. Staliśmy pół metra od siebie i się nie widzieliśmy, tylko jadące samochody gdzieś w oddali. Dobrze, że mieliśmy naładowane telefony, bo musielibyśmy zdać się na mocno świecący tamtej nocy księżyc. Dochodzi 23:00, grają świerszcze, czasem przejedzie samochód a my idziemy z torbami przez śpiące miasto na miejsce noclegu. Skręcamy w jakąś boczną uliczkę, a tu przy śmietniku stoi banda sebicjuszy i na nasz widok przestali rozmawiać i zaczęli nas mierzyć wzrokiem. Zanim zaczęliśmy kalkulować, czy wybrać siłę argumentu czy argument siły, odezwali się pierwsi "Do schroniska? W tamtą stronę" i pokazali kierunek. Nie taki przemyski seba straszny, jak go malują.
         Schronisko mieściło się w samotnie stojącym wśród blokowiska przedwojennym budynku. Gość w recepcji potwierdził pobyt i opłatę, pokazał co i gdzie się znajduje, opisał też, z którego przystanku jutro odjechać na Medykę. Po ustaleniu planu na jutrzejszy dzień poszliśmy z herbatą na ławkę na tarasie przed budynkiem, gdzie smakowaliśmy krakowskie goździkowe Djarumy przy najbardziej odpowiedniej tego dnia muzyce - Ice Cube - Today was a good day.

 

Galeria zdjęć z 24 V 2016

Część 2 - Na Lwów