środa, 22 11, 2017

30 VI 2015 - Żylina i powrót na Śląsk

IMG 5016b         Czas wracać do Polski z niezrealizowanego w pełni wyjazdu. Oczywiście w Bratysławie mi się podobało, ale jednak czuć ten niedosyt podróży po całej Słowacji, na które byłem nastawiony. Pociąg rychlik (Pospieszny) R 605 Dargov odjeżdżał o 9:55, więc na spokojnie się spakowaliśmy, odebraliśmy 10€ kaucji (płaci się pierwszego dnia i dostaje kasę z powrotem ostatniego, jeśli nie wyrządziło się żadnych szkód) i poszliśmy na autobus 61. Po drodze stał w okolicy Trnavskiego Myta w korku, czego nie przewidziałem o tej porze, ale mimo wszystko zdążyliśmy dojechać na dworzec z zapasem czasu (o 9:25). Poszliśmy na odpowiedni peron i czekaliśmy na nasz pociąg, który podstawili kilka minut przed odjazdem. Długi skład jedenastu czy dwunastu wagonów wtoczył się ciągnięty przez jedną lokomtywę z przodu i pchany przez drugą z tyłu. Poszliśmy do naszego wagonu zgodnie z rezerwacją na bilecie i trafiliśmy na wagon bezprzedziałowy - siedzenia są po obu stronach korytarza, a pomiędzymi czwórkami siedzeń jest rozkładany stolik. Do tego wifi (widoczne, ale nie łączy), gniazdka elektryczne pod siedzeniem (działa), klimatyzacja i zapowiedzi głosowe - po słowacku, niemiecku i angielsku.
         Trzeba przyznać, że pociągi na Słowacji zaskakują pozytywnie. Może dlatego, że jedziemy jednym z najpopularniejszych pociągów łączących Bratysławę z Koszycami, coś jak nasze pociągi IC Szczecin/Gdańsk - Poznań - Wrocław - Kraków. Pasażerowie kulturalni, obsługa pociągu miła, wszystko jak należy. Kontrola biletów odbywa się przez przybicie pieczątki z tyłu blankietu. Na każdej stacji dosiada się wielu ludzi, ale dla każdego starczy miejsca - nie bez powodu lokomotywy ciągną jedenaście wagonów. Widzieliśmy też, że wielu ludzi korzysta z tych kart na darmową kolej uprawniających do 'kupowania' darmowych biletów. Nam jednak po wielu trudach i staraniach nie udało się ich zdobyć.. Jeszcze jedną ciekawą rzeczą w pociągach dalekobieżnych na Słowacji, są małe karteczki wkładane w przezroczyste 'kieszonki' nad siedzeniami - na karteczkach jest informacja, od której do której stacji obowiązuje rezerwacja, podane są też dokładne godziny. W Polsce czegoś takiego nie pamiętam, ale pewnie kiedyś to funkcjonowało, skoro obok drzwi przedziałów w naszych wagonach też są takie luki na karteczki.
IMG 5040b         Pociąg minął kilka jezior, zgubił po drodze równoległą rzekę Wag i z kilkuminutowym opóźnieniem przyjechał o 12:40 do Żyliny. Po przejściu kilkusetmetrowego peronu (długie jak w Iławie :) ) zeszliśmy przejściem podziemnym pod peronami, dworcem, ulicą i wyszliśmy na podobno najdłuższym na Słowacji deptaku - ul. Narodnej. Idąc cały czas naprzód dochodzi się do Namestie Andreja Hlinku - główny plac w centrum miasta z Kościołem Trójcy Najświętszej i postawionym niedawno Mirage Shopping Center, które lekko zaburza zabytkowy układ placu. Stąd do żylińskiego rynku prowadzą wysokie schody, nazwane od pobliskiego kościoła Farskimi.  Rynek w Żylinie, czyli Marianske Namestie, jest dość przytulny - dookoła placu stoją niskie, jednopiętrowe kamieniczki, każda ze skromnymi zdobieniami, ale za to niemal każda ma podcienie. Jest też fontanna, ławki osłaniane cieniem przez drzewa i barokowy Kościół św. Pawła Apostoła. Czas nas niestety naglił (mieliśmy godzinę na przesiadkę), więc zrobiliśmy kółko wokół rynku i wróciliśmy schodami w kierunku dworca. Mieliśmy jakieś dwadzieścia minut zapasu, więc postanowiliśmy coś zjeść, bo to pora obiadowa. Może coś regionalnego? Jak na życzenie 'pojawiła się' tablica Lángoše zapraszająca wgłąb jednej z kamienic na deptaku. Nie wiedziałem dokładnie co to za danie, wiedziałem tylko że jest to jakiś placek z węgier. W środku mamy menu - sam placek to 0,70€ (do wyboru zwykły lub czosnkowy), do tego dodatki po 0,20€ - ser, keczup i sos tatarski. Wzięlismy po dwa na głowę, czekaliśmy może trzy minuty. To była dobra decyzja - smażone na oleju placuchy podobne do płaskich pączków, z serem i sosami komponuje się znakomicie. Było bardzo gorące (świeżo wyjęte z wrzącego oleju), a po zjedzeniu jednego i połowy drugiego zaczęło nas minimalnie mdlić od tłuszczu, ale przemogliśmy. I tym razem nie zawiodłem się na kuchni węgierskiej :)
        Po zjedzeniu poszliśmy już prosto do dworca, żeby zdążyć na pociąg Os 4172 do Zwardonia. Dworzec w Żylinie nie wygląda pięknie ani z zewnątrz, ani wewnątrz, gdzie sprawia on wrażenie zatrzymanego w epoce transformacji ustrojowej. Jednak budynek poza starymi napisami i brudnymi kątami ma w sobie perełkę - są to witraże przedstawiające ludowe stroje słowackich górali. Na pięciu witrażach przedstawionych jest pięć 'kreacji' - Liptov, Čičmany, Kraj Žilina, Kysuce i Orava. Po zdjęciach dworcowych witraży poszliśmy na peron, ale nie mogliśmy znaleźć naszego pociągu. Dopiero jeden z kosnerwatorów powierzchni płaskich dworca wskazał nam właściwą 'wysepkę', przy której stał nasz skład - nie był to peron, tylko takie nie wiadomo co. Zajęliśmy dowolne miejsca w jednym z bezprzedziałowych wagonów (skład bezprzedziałowców z klimą na regionalnym połączeniu osobowym? Nieźle). Pociąg ruszył punktualnie o 13:49. Na kolejnych stacjach dosiadało się po kilka-kilkanaście osób w wieku ok. 18 lat - każdy miał w ręku papierek z pieczątką, może jakieś matury? Dość dużo osób z tymi samymi dokumentami widzieliśmy też rano na dworcu w Bratysławie. Może to świadectwa ukończenia szkoły, ale we wtorek, 30 czerwca? Nie wiem, jedno co wiem to na pewno to, że dla grupy kolesi, którzy wsiedli do naszego wagonu, te kartki były powodem do wielkiej radości, bo weszli pijani drąc mordy. Wiele przekleństw identycznych z polskimi jest w słowackim, główna różnica to chyba standardowy kokot. Jeden z nich odmówił pokazania biletu kontrolerowi, może go nie miał, w każdym razie konduktor cały czas powtarzał, że proszę wyjść, czy przejść dalej, ale tamten nic sobie z tego nie robił, dodatkowo wspierany śmiechem przez swoich ziomów. Konduktor odszedł bezradny a tamci dalej rżeli. Na szczęście porozsiadali się po drodze, a my wysiedliśmy w Skalitem-Serafinovie o 15:08
           Co prawda nasz pociąg jechał prosto do Zwardonia, ale my nie mieliśmy jakichś specjalnych granicznych biletów, więc przeszliśmy granicę pieszo. Trzeba zejść schodkami z przystanku kolejowego, zejść ścieżką na dół, skręcić już pod górę w lewo i za dwoma zamkniętymi domkami czy tam lodziarniami wejść w mały lasek pnący pod górę. Po lewej rozciągnie się polana z charakterystycznym zamkniętym schroniskiem i po kilkuset metrach pięcia się w górę jest się już w Polsce. Teraz w lewo, zejść w prawo w dół i widać stację graniczną w Zwardoniu. Doszliśmy do dworca na dziesięć minut przed odjazdem (odj. 15:30), czyli granicę Skalite-Serafinov - Zwardoń udało nam się przejść z bagażami pod górę w 12 minut. W podstawionym na peronie Elfie kupiliśmy bilety już do Gliwic i punktualnie prawie pusty pociąg ruszył. Jak dobrze być w Polsce.. Tu przynajmniej nikt nie pokrzyżuje planów uprzednio zapewniając, że wszystko jest w porządku, można być spokojnym o wiele rzeczy i w ogóle jest tak jakoś pewniej, jeśli chodzi o planowanie wyjazdów.
 IMG 5090b        Do Katowic jechaliśmy trzy godziny z hakiem, czyli tyle ile zajmuje jazda z Bratysławy do granicy w Skalitem. Na dworcu kupiłem bilety KZK GOP na najbliższe dni (2-dniowy za 14zł i 5-dniowy za 22zł). Wejście od ulicy Andrzeja standardowo obstawione przez żuli, narkomanów i inną patologię zaczepiającą ludzi i zagradzającą drogę. Stanie ci taki pryszczaty brudas ze strupami na całej gębie i jak mu nie dasz to zaczyna grozić. Nawet się nie odezwałem tylko wyminąłem ten element i wróciłem na peron 1, z którego o 19:15 w deszczu odjechaliśmy do Gliwic. Tu remont dworca i infrastruktury w pełni - przejście podziemne zamknięte, trzeba przechodzić metalową kładką nad torami, która gibie się pod naciskiem przechodzących - nieciekawe wrażenie. Na dworcu zwrócilismy bilet kolegi Warszawa - Lublin na sobotę 4.07 i kupilismy nowy Gliwice - Lublin na 2.07. Potem z Placu Piastów odjechaliśmy A4 na Dąbrowskiego i po dwudziestej zameldowaliśmy się na miejscu noclegu, kończąc tym samym trzydniową przygodę ze Słowacją.

 

Galeria zdjęć

1 VII 2015 - GOP cz. 1, czyli Gliwice i Katowice