środa, 22 11, 2017

5 VI 2015 - Żagań & Wrocław

         Planując czerwcowy wyjazd wiedziałem na pewno, że czwartek to Leszno i Poznań, sobota to Wałbrzych i Dzierżoniów a niedziela to kujawsko-pomorskie. Piątek miałem niezaplanowany zupełnie - brałem pod uwagę wiele wariantów, między innymi Wrocław i Głogów, Gorzów i Zbąszynek, linia kolejowa Wałbrzych-Kłodzko, ale jednak postanowiłem ponownie odwiedzić Żagań i pozwiedzać Wrocław. W Żaganiu byłem niemal równo rok temu (maj 2014). Z Wrocławiem miałem taką samą sytuację jak z Poznaniem - byłem dwa razy, ale niewiele zapamiętałem - pierwszy raz byłem w 2004 na koncercie i miasta nie pamiętam wcale, drugi raz byłem na wycieczce szkolnej rok temu w maju 2014, ale wtedy widziałem jedynie rynek i kawałek Starego Miasta, a godzinę czasu wolnego poświęciłem na wieżę widokową i pizzę z kolegami. Dopiero teraz mogłem zobaczyć trochę więcej miasta, którego prawie nie znam, również korzystając z rowerów miejskich.

         Pociąg do Żar z Zielonej Góry odjeżdżał o 7:30. Żeby dojechać na dworzec, musiałemIMG 4131 odjechać z Zawady autobusem 17 o 6:14 - innego połączenia nie ma. Gdybym jechał kolejnym o 7:14, na dworcu byłbym o 7:30, więc szanse były zerowe, tym bardziej, że autobusy podmiejskie MZK mają dość rozchwianą tolerancję do trzymania się rozkładu :) Przyjechałem do miasta niecałą godzinę przed odjazdem, więc poszedłem sobie do centrum Zielonej Góry - niby jestem tu przez trzy dni, a miasta mam nie zobaczyć? Zrobiłem sobie obowiązkową rundkę trasą: Plac Bohaterów (w latach pięćdziesiątych był tu cmentarz radziecki - w większości pochowani tu byli żołnierze, którzy po zdobyciu miasta schlali się skażonym spirytusem i zmarli. Nie leżeli tam raczej polegli w walce o Grünberg, skoro miasto zdobyto prawie bez wystrzału. Oczywiście, w piwniach kryli się desperaci z Volkssturmu i nastąpiło parę wymian ognia, ale to były w skali miasta pojedyncze przypadki) - Niepodległości (do 1956 generalissimusa Stalina - reprezentacyjna ulica Starego Miasta ze zdobionymi niemieckimi willami i pasem zieleni i drzew pośrodku) - Żeromskiego - Rynek - Kupiecka - Dworzec. Na rynku zastałem wystawę zdjęć, dokumentów i relacji pionierów Zielonej Góry - czyli pierwszych Polaków zasiedlających to miasto latem 1945 roku. Tak na marginesie dodam, że gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak przed wojną wyglądały niemieckie miasta, to zapraszam do Zielonej Góry. Zniszczenia wojenne można tu policzyć na palcach jednej ręki - dzięki świetnie zachowanej zabudowie, miasto ma niepowtarzalny, przedwojenny klimat, którego nie ma odbudowany Wrocław, czy zrekonstruowany Gdańsk. Nie twierdzę oczywiście, że Gdańsk czy Wrocław nie mają klimatu - jednak oba te miasta poważnie ucierpiały podczas wojny i podczas odbudowy wtykano tam w centra miast socjalistyczne bloki i inny syf, a Zielonej Górze udało się tego uniknąć, dzięki czemu Stare Miasto wygląda tu bardzo naturalnie. Nawet krótkie uliczki i zakamarki w Zielonej Górze wciąż oddychają duchem poprzednich właścicieli, gdzieniegdzie pośród parterowych murowanych domków ze stromymi dachami i charakterystycznymi oknami leży jeszcze nawet niewymieniana kostka brukowa.
         Wróciłem na dworzec zachodząc jeszcze do ulubionej piekarni przy Dworcowej (wychodząc z dworca trzeba iść 100m na prawo, piekarnia jest tuż za kwiaciarnią), każdemu będacemu w Zielonej Górze polecam - świeże, jeszcze ciepłe drożdżówki za 1,70zł, pizza z kiełbasą za 2,50zł i promocyjne pączki za 0,95zł - wszystko świeże i syte :) Wsiadłem do szynobusa na Jelenią Górę i 07:30 odjechałem ścigając się jeszcze z EN-57 do Szczecina jadącym po torze obok. Odbiliśmy na południe i po minięciu kilku ceglanych, pięknych lecz zamkniętych dworców dojechałem o 8:35 do Żar. Od mojego ostatniego pobytu wyremontowano dworzec - teraz błyszczy nowością. Przeszedłem szybko na peron za dworcem (dworzec w Żarach leży między torami) i wsiadłem do króciutkiego szynobusa w barwach woj. lubuskiego (miał może 15 miejsc siedzących) relacji Żary - Żagań. Odjechał po minucie, dwóch. Byłem jedynym 'zwykłym' pasażerem - poza mną były tylko kończące lub zaczynające pracę drużyny kondukorskie.
         Po 15 minutach jazdy przez lubuskie lasy wysiadłem w Żaganiu. Poszedłem od razu na miasto, zwiedzanie infrastruktury kolejowej zostawiłem na później. Idąc ulicą Dworcową minąłem bardzo ładny budynek prokuratury, wiele przedwojennych kamienic i znalazłem się na moście nad Bobrem. Przeszedłem rzekę i zrobiłem spacer ulicami Jana Pawła II - Piłsudskiego - Łużycką, żeby robić po drodze zdjęcia porównawcze do przedwojennych. Po dwudziestu minutach chodzenia doszedłem na Plac Słowiański w Żaganiu - jeden z dwóch głównych (obok Rynku) placów w mieście, choć ładniejszy od tego drugiego. Głównie za sprawą pięknego budynku Urzędu Miasta, Kościoła Gimnazjalnego i ładnej fontanny w kształcie miniatury wieży Kościoła Łaski (miałem okazję być na tej wieży widokowej rok temu, niestety teraz nie mogłem wejść, bo jest otwierana o 10:00).  Podszedłem potem zrobić fotki Pałacowi Książęcemu i zabytkową, reprezentacyjną ulicą Warszawską przeszedłem na Rynek. Po kilku zdjęciach porównawczych kupiłem sobie w sklepie wodę smakową, coś  do jedzenia i usiadłem na chwilę na ławce odpocząć. Słyszę wtedy gdzieś z boku 'wiesz co, mistrzu?' patrzę w lewo, jakiś pijaczek idzie w moim kierunku z pomidorem w ręku. Odpowiadam 'słucham, o co chodzi?', a on 'wiesz jak zrobię? Pójdę do domu, pokroję chleb, posmaruję smalcem, pomidorek na plasterki i jeszcze pieprzem ziołowym posypię i zjem'. Mówiąc to, kręcił pomidorem obiema rękami jak Kopernik globusem. 'No, to smacznie będzie' odpowiedziałem. Pijaczek z dumą rozłożył ręce, z przekonaniem powiedział 'No pewnie!' i poszedł w swoją stronę. Niezwykłe historie niezwykłych ludzi, nie ma co :) Wczoraj Bolek Andrzejewski w Lesznie, dziś master chef w Żaganiu.
IMG 4200         Żagań to średniej wielkości przyjemne miasteczko. Liczy 26 000 mieszkańców i szczyci się takimi zabytkami jak gotycki kościół Wniebowzięcia NMP (XIII wiek, wielokrotnie przebudowywany), XVII-XVIII-wieczne zespoły poklasztorne, Pałac Książęcy Lobkowitzów z XVII wieku, wieża poewangelickiego Kościoła Łaski (obecnie widokowa), czy XIX-wieczny Ratusz na wzór florencki. Stare Miasto nadal otoczone jest długimi odcinkami średniowiecznych murów, zachowało się dużo zabytków, choć bez zniszczeń w 1945 się niestety nie obyło. Walki o miasto trwały od 11 do 16 lutego, cywile uciekli ostatnim pociągiem na zachód pierwszego dnia walk na przedpolach Żagania. W wyniku ostrzału i podpaleń spłonęło wiele kamienic na Rynku i okolicznych ulicach, również lewobrzeżna część miasta za Bobrem straciła dużo budynków. Zmiany można oglądać w galerii 'Żagań wczoraj i dziś' (link na dole).
         Posiedziałem jeszcze chwilę przy żagańskim ratuszu i poszedłem w kierunku dworca przez park nad Bobrem i ulicami Wodną i Dworcową. O kolei słów kilka: kolej w Żaganiu ruszyła w 1846 roku. Pierwszym miastem połączonym koleją z Żaganiem był Głogów. W kolejnych latach budowano kolejne linie - do Jankowej Żagańskiej (1846), do Żar (1871), Legnicy (1875), Bieniowa (1875), Nowej Soli (1890) i Zebrzydowej (1905). Żagań stał się węzłem kolejowym o ogromnym znaczeniu - krzyżowało się tu siedem linii kolejowych. Pewien obraz daje porównanie ilości połączeń kolejowych w przykładowym roku 1955 z współczesnym rokiem 2015 - w latach pięćdziesiątych Żagań dziennie odprawiał i przyjmował 3 pary pociągów z/do Zebrzydowej (Jeleniej Góry), 3 pary z/do Bieniowa, 3 pary z/do Nowej Soli,5 par z/do Jankowej Żagańskiej, 5 par z/do Szprotawy (Głogowa), 6 par z/do Legnicy i 15 par z/do Żar. Sumując to wszsytko, Żagań obsługiwał dziennie 80 pociągów z siedmiu kierunków. A dziś? Dziś jeździ 6 par z /do Legnicy, 2 pary z/do Forst przez Żary i 9 par z/do Żar. Żagań stał się niewiele znaczącą stacją przelotową na trasie Legnica - Żary. Pozostałe szlaki istnieją, ale w większości nie są używane i zarastają.
         Dochodząc do dworca zobaczyłem stojący na torach zabytkowy parowóz Ok1-198, na który można było wejść. Porobiłem trochę zdjęć i poszedłem na dworzec, który istnieje od roku 1913 (poprzedni spłonął) i posiada wciąż czynną kasę. Przez długi na co najmniej 200 metrów korytarz podziemny przeszedłem na drugi koniec stacji mijając po drodze wejścia na pięć peronów. Na ścianach peronów 2 i 5 widać jeszcze przebijający się przewojenny napis Treppe 5 i Treppe 2. Niestety, od mojej ostatniej wizyty w 2014 roku zniknął napis kierunkowy <-Sorau - Breslau-> z zejścia z peronu pierwszego, widać świeżą, białą farbę, ktoś niedawno musiał pomalować. Długi korytarz podziemny kończy się kilkoma drzwiami, podobnymi do pancernych - jest napisane, że przejście służbowe, ale to przejście jest nieuczęszczane chyba od czasów transformacji. Po wyjściu 'służbowymi' schodami dochodzi się do dawnej noclegowni dla drużyn konduktorskich kończących niegdyś późnymi wieczorami pracę na kolei - pomyśleć, że przez niemal wiek budynek ten służył polskim i niemieckim kolejarzom, był miejscem należnego odpoczynku po ciężkiej pracy, a dziś stoi sobie z wybitymi szybami, zamknięty na cztery spusty i służy kotom za kuwetę. Trochę to smutne.
         Poszedłem już na peron czekać na pociąg. Stacja Żagań jest bardzo fotogeniczna - wielka ilość torów po obu stronach, nieremontowane budynki, stara, zamknięta wieża ciśnień - to wszystko tworzy dobry klimat do zdjęć. Można tutaj też spotkać żurawie służące do napełniania parowozów wodą - widać na nich jeszcze wyryty napis Krausewerk Neusalz (Oder). Po zrobieniu zdjęć coś z daleka trąbnęło i z zachodu przyjechał szynobus relacji Żary - Legnica. Trasą do Legnicy jechałem po raz pierwszy, warto sobie przy różnych okazjach zaliczać nieznane odcinki kolejowe. Na tej trasie prawie każda stacja może pochwalić się pięknym, ceglanym dworcem, oczywiście zamkniętym, rozsypującym się i zabitym dechami. Po prawie półtorej godzinie jazdy (Żagań - Legnica 1h20min, 74km) wysiadłem na dworcu w Legnicy. Wyszedłem z hali, przeszedłem pod ziemią i wyszedłem przed znany mi już budynek dworca na kilka zdjęć. Miałem tu tylko pół godziny na przesiadkę do Wrocławia, więc po chwili wróciłem na peron. Tutaj również stoją żurawie z Krausewerk Neusalz (Oder), można też zauważyć cmentarzysko lokomotyw ET-22 stojących na jednej z bocznic. Na peronie czekał już pociąg do Wrocławia, była to nowoczesna maszyna z Newagu. Trasą Legnica - Wrocław (50min, 65km) również jechałem po raz pierwszy. Po niecałej godzinie jazdy wysiadłem na wrocławskim dworcu.
         Przez Wrocław zawsze to się przejedzie, zawsze się tu przesiądzie, ale żeby zatrzymać się tu na dłużej i pozwiedzać miasto, to nie było kiedy. Teraz miałem okazję po raz pierwszy użyć dworca we Wrocławiu nie jako punktu przesiadki, tylko 'bramy' do miasta. Czas na Wrocław miałem od 13:40 do 17:00. Na początku miałem pomysł, żeby zrobić sobie wycieczkę objazdową rowerem miejskim po wszystkich zabytkowych dworcach Wrocławia (Świebodzki, Górnośląski, Marchijski, Nadodrze i inne), ale później uznałem, że nie starczyłoby mi czasu. Zdecydowałem się pojechać rowerem tylko na dworzec Nadodrze, żeby po drodze zobaczyć kawałek miasta, potem rowerem wrócić na Podwale i 'zwiedzić' kamienicę, w których kręcono Kiepskich, a na koniec zostawiłem sobie półtorej godziny na odpoczęcie na Starym Mieście.
         Z pięknego, przypominającego zamek dworca poszedłem na najbliższą stację roweróIMG 4299w miejskich. Wypożyczanie rowerów we Wrocławiu to czysta przyjemność - telefon, pin, numer roweru, piknięcie, i już można wyjmować z zamka - wszystko trwa mniej niż 20 sekund. Sprawny, pewny system, w dodatku popularny, bo do wypożyczenia stała kolejka. No i rowery w lepszym stanie, jak nowe - Wrocław bije Poznań na głowę :) Pojechałem od razu na północ ulicą Kołłątaja. Czasem jechałem chodnikiem, czasem torowiskiem jak inni rowerzyści. Przesiadałem się dwa razy - przy Placu Nowy Targ i przy Oleśnickiej - nie wiedziałem dokładnie ile czasu zajmuje mi jazda i za ile mam się spodziewać kolejnej stacji, więc wymieniałem rowery przezornie. Na dworzec Wrocław Nadodrze dojechałem po około pół godzinie jazdy, po drodze minąłem wiele potężnych, zabytkowych gotyckich kościołów i całe kwartały przepięknych, pięciopiętrowych kamienic. Dworzec zwiedziłem sobie szybko, bo chciałem wracać do miasta i podziwiać te setki murowanych dzieł sztuki - każda kamienica wykończona inaczej, w innym kolorze z innymi zdobieniami, ale wszystkie łączą się w jedną całość i tworzą zachwycającą kompozycję. Wziąłem rower i zacząłem wracać do centrum. Wróciłem tym razem przez Plac Św. Macieja i ulicę Drobnera. Mijane budynki były piękniejsze jedne od drugich, po prostu nie mogłem się 'nazachwycać' :) Bardzo lubię niemiecką, wielkomiejską architekturę z końca XIX wieku, a kiedy mam okazję zobaczyć jej takie nagromadzenie, to aż żal pomyśleć, że za dwie godziny muszę wracać do Zielonej Góry. Momentalnie podjąłem decyzję - koniecznie tydzień we Wrocławiu na ferie w styczniu 2016. Nie będę tym razem zwiedzał okolic (no, może trochę), ale będę siedział na miejscu i z tramwajów będę podziwiał architekturę tego wspaniałego miasta. To już postanowione :)
         Odstawiłem rower przy Teatralnej. Po drodze, przejeżdżając przez Oławską, zobaczyłem dużo policji, długie korki i słychać było jakieś hałasy z daleka. Nie wiedziałem o co chodzi, to pojechałem dalej, ale zza rogu wyskoczyły nagle dwa dziwolągi - dwóch trzymających się za ręce brodatych facetów po pięćdziesiątce z plastikowymi blond-perukami, na nogach mieli różowe obcisłe legginsy, spod których wystawały czarne kudły, a zamiast butów oczywiście szpilki. No, to już wiadomo o co chodzi. Potwierdził to jeden policjant stojący na motocyklu na środku skrzyżowania. Jakiś żul podszedł do niego i spytał 'Panie władzo, co tu się dzieje że policja i takie korki?' Policjant popatrzył na niego i z ironią i zrezygnowaniem w głosie odpowiedział 'Parada miłości proszę pana, poważna sprawa'. Tęczowe ludziki zaczęły się pojawiać zewsząd i dołączali do idącego z dala majdanu. Odstawiłem rower i poszedłem sobie na Podwale 67, z dala od tego hałasu :)
          W kamienicy przy ulicy Podwale 67 we Wrocławiu kręcono jedynie pierwsze odcinki serialu o Ferdku, Boczku i Paździochu. Zdecydowana większość kręcona była w studiu, ale skoro to tu było pierwsze miejsce kręcenia, to jakieś podobne obiekty w budynku musiały się zachować, przecież przez te kilka (kilkanaście) lat od pierwszego odcinka, bardzo wiele raczej nie mogło się zmienić. Wszedłem przez bramę na podwórko, stanąłem pod domofonem i wybrałem przycisk na samej górze. Odebrał jakiś dziadzio, mówię 'dzien dobry, poczta' i drzwi są gotowe do otwarcia. Sposób zawsze działa, oczywiście tylko w dni powszednie :) Wszedłem powoli spiralną klatką schodową na górę. To tutaj Boczek kontrolował lokatorów i pobierał cło, kiedy został właścicielem schodów 'od strychu, hen do samiuśkiej piwnicy'. Jednak na tym niestety podobieństwa się kończą. Na prywatny-publiczny korytarz z mieszkaniami Ferdka i Paździocha nie da się wejść, ponieważ wszystkie duże drzwi z klatki schodowej są drzwiami bezpośrednio do mieszkań, a nie na korytarze jak w serialu. Nie było też drzwi z szybką z witrażem, tylko same drewno i czasem firanki. Trudno, zobaczyłem tyle co się dało i wróciłem na Teatralną po rower.
         Teraz został mi czas tylko na Stare Miasto. Podjechałem do Oławskiej, żeby stąd dojechać na stację przy Pl. Uniwersyteckim. Po drodze natknąłem się akurat na ten przemarsz miłości chroniony przez kordony policji. Stosunek uczestników do policjantów wynosił na oko 3 do 2. Nie ma to jak marnotrawić publiczne pieniądze na ochronę jakiejś parady, która przecież jest niegroźną paradą miłości ᕦ( ͡° ͜ʖ ͡°)ᕤ. Leciała akurat jakaś tam muzyka i tłum skandował, że precz z podziałami, czy tam że nie uznają podziałów, a potem z głośników poleciała kolejna piosenka z refrenem 'ludzie podzieleni są klasami, nie narodami, nie narodami'. No to jak? Jest ten podział czy nie? Czy może podziałów na naród nie można uznawać, a na klasy już można? Kierowcy z tego całego przemarszu różnych osobliwości raczej nie byli zadowoleni, bo kto w 600-tysięcznym mieście, w piątek o 15:30 organizuje parady i blokuje na półtorej godziny dwa kilometry głównej arterii w centrum? I Urząd Miasta czy tam inny organ wydający pozwolenia, oczywiście to pozwolenie wydał, akceptując termin i godzinę. Ech..
IMG 4326         Dojechałem na Plac Uniwersytecki i przeszedłem wśród architektonicznych dzieł sztuki na Rynek. Akurat odbywała się jakaś impreza pt. Europa na widelcu, w której brał udział Robert Makłowicz, ale widocznie już się zmył albo jeszcze nie dojechał, bo nie mogłem go nigdzie zobaczyć. Posiedziałem sobie chwilę na zdecydowanie najpiękniejszym rynku w Polsce i chłonąłem atmosferę tego miasta. Jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że Wrocław w zimę na tydzień to wręcz konieczność :) Po kilku zdjęciach przyszła pora na coś do jedzenia. Wchodzę więc w sobie w aplikację OSMAnd (Open Street Map na Androida) - każdemu polecam, ściągnięte dokładne mapy off-line, ze wszystkimi adresami i większością punktów usługowych i miejsc wszelkiego rodzaju. Wpisuję sobie kebab i wyskoczył mi Kebab King przy Świdnickiej/Menniczej. Przeszedłem pół kilometra i zamówiłem sobie na miejscu zwykłego z kurczakiem, 12zł. Czekałem z pięć minut, był gorący, dużo mięsa, ale niestety sosy były tylko na wierzchu i szybko się skończyły, przez co reszta była dość sucha.
         Kiedy zjadłem, była już 16:30, a pociąg powrotny do Zielonej Góry odjeżdża o 17:09. Poszedłem na najbliższą stację po rower przy pomniku Chrobrego, podchodzę do automatu, loguję się, dostaję kod do łańcucha, ale kod nie działa. Staję w kolejce, żeby zwrócić rower, którego nie mogę wypożyczyć, ale automat się zacina, a po trzeciej próbie robi się hard reset. No nieźle, jest 16:45, jak teraz nie zwrócę tamtego i nie wypożyczę nowego, to muszę pruć z buta. Ostatnie dwie próby, telefon, pin i co? Proszę czekać. Dziękuję. Szybkim chodem przez Świdnicką, Kościuszki i Stawową doszedłem do dworca, po drodze jeszcze zdążyłem do Żabki po colę cytrynową i na dworcu byłem o 17:00. Poszedłem od razu na odpowiedni peron, zrobiłem zdjęcie EN-57, w którym miałem spędzić najbliższe trzy godziny i wchodzę do środka. W pociągu tłok i ścisk - miejsca siedzące pozajmowane dosłownie wszystkie, w korytarzach też po 10 osób, więc trzeba stać w sekcjach między siedzącymi. Po dwugodzinnym chodzeniu po Żaganiu i po trzech godzinach roweru i spaceru po Wrocławiu stanie w pociągu przez dłuższy czas niezbyt mi się uśmiechało. Pociąg o 17:09 ruszył. Czas do każdej kolejnej stacji dłużył się niemiłosiernie, choć to tylko kilka minut. Na szczęście wielu siedzących i stojących wysiadło pół godziny później w Brzegu Dolnym, więc mogłem z ulgą usiąść. Czas do Zielonej Góry minął mi szybko, choć pociąg na wielu odcinkach jedzie tak wolno, że można wyskoczyć, pobiegać i wskoczyć, dopiero za Nową Solą jest zmodernizowane torowisko i pociąg może jechać powyżej 100km/h. W niektórych miejscach były również tak krzywe tory, że aż strach tamtędy pociąg puścić. Może to ta rozszerzalność cieplna metali? Nie wiem, w każdym razie zdjęcie zrobiłem.
           Do Zielonej Góry dokolebałem się na 20:20. Poszedłem na przystanek Dworzec PKP, skąd miałem za kilka minut 21 do Zawady. Po dzisiejszym dniu (wczorajszy na pewno też miał wpływ) nabawiłem się na odcisków od chodzenia, przez co każdy kolejny krok bolał co raz bardziej. Nie widziałem kolorowo kolejnego dnia w Wałbrzychu, Dizerżoniowie i w Kłodzku, ale przecież wszystko da się wytrzymać. W każdym razie dzisiejszy dzień był super i to mi dodawało chęci przed następnym dniem :)

 

Galeria zdjęć z wyjazdu

Żagań wczoraj i dziś
(przedwojenne zdjęcia pochodzą ze strony fotopolska.eu)
        

Część 3/4 - Wałbrzych, Dzierżoniów, Kłodzko