środa, 22 11, 2017

17-20 IV 2015 - Wilno & Troki

       Dlaczego Wilno? Sprawa jest prosta - tata miał tam wyjazd służbowy, więc krótko mówiąc się dokleiłem :) Trzeba było tylko dokupić bilety i można jechać. Była to dobra okazja do odpoczęcia na weekend od szkoły (tydzień po wizycie w Sochaczewie, Łowiczu i Łodzi) oraz odnowienia wspomnień i ponownej wizyty w tym mieście - byłem tu jak dotąd tylko jeden raz, w sierpniu 2009, więc od tego czasu wiele mogło się w mieście zmienić. Co więcej, to właśnie Wilno było pierwszym miejscem za granicą, które odwiedziłem w swoim życiu :)

      Wilna chyba nikomu nie trzeba przedstawiać - od 1945 stolica Litwy, w średniowieczu stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego, zaś przez wieki rozwinęło się jako ośrodek kultury i administracji polskiej. Do roku 1939 Polacy w mieście stanowili 65% ludności, Żydzi 28%, Rosjanie 4%, Białorusini 2%, zaś Litwini niepełny 1%. Po agresji sowieckiej na Polskę we wrześniu 1939 miasto zaczęło tracić polską tożsamość - najpierw wywózki dziesiątek tysięcy Polaków na Syberię w lutym 1940 i później, potem mordy w Ponarach dokonane przez Niemców (przy współudziale litewskich oddziałów specjalnych), a na końcu po zakończeniu wojny masowe przesiedlenia Polaków na ziemie zachodnie sprawiły, że Stalin posługując się metodą faktów dokonanych przypisał Wilno Litwie. Dopiero po roku 1945 do miasta zaczęli przybywać z zachodu Litwini i zaludniać puste kamienice po Polakach i Żydach. I dziś uparcie twierdzą, że miasto zawsze było litewskie..

       Ech, już starczy historycznych dygresji, czas na opis wyjazdu:

-17 kwietnia 2015 (pt.) wyjazd z Lublina do Warszawy, przesiadka na Polski Bus Warszawa - Wilno, przyjazd w późnych godzinach wieczornych
-18 kwietnia 2015 (sb.) zaliczenie całej sieci trolejbusowej Wilna, wieczorem zwiedzanie Starego Miasta
-19 kwietnia 2015 (nd.) wizyta w Trokach, powrót koleją do Wilna, zwiedzanie miasta, wieczorem msza, kolacja i powrót do Warszawy
-20 kwietnia 2015 (pn.) przyjazd o 5:40 rano do Warszawy, o 7:15 odjazd do Lublina, przyjazd o 10:00.

 

17 kwietnia

          Z Lublina odjechaliśmy Polskim Busem do Warszawy o 10:50. Obłożenie średnie - połowa miejsc była wolnych. Podróż przebiegła w miarę bez zakłóceń, choć niekiedy kierowca niepokoił pasażerów stając kilkukrotnie bez słowa na pierwszych lepszych przystankach w szczerym polu. Do Warszawy dojechaliśmy jednak bez opóźnienia i od razu poszliśmy do metra, żeby z Wilanowskiej dostać się na Młociny (Polski Bus odprawia autokary z dwóch dworców - Wilanowska obsługuje kierunki na Lublin, Rzeszów, Kraków, Pragę, Wiedeń, zaś Młociny Gdańsk, Olsztyn, Wilno, Bydgoszcz). Wsiedliśmy do metra i tu kolejna niecodzienna sytuacja - skład metra gdzieś za Wierzbnem nagle gwałtownie zahamował po środku tunelu, stał dobrych kilkanaście sekund między ciemnymi kablami i przewodami, dodatkowo dało się czuć smród smaru i spalenizny. Zaczęło być nieciekawie, ale po kolejnych kilkunastu sekundach skład ruszył już bez problemów i spokojnie dojechaliśmy na Młociny. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, żeby w metrze coś nie poszło jak należy.
         Polski Bus do Wilna odjeżdżający o 15:00 był wypełniony po brzegi. Dosłownie. Nie było wolnego miejsca, wyprzedano komplet. Miałem jednak słuszne przeczucie, że kurs ten jest traktowany przez pasażerów głównie jako autobus do Białegostoku - i rzeczywiście tak było (w końcu to piątek popołudniu). Po trzech godzinach jazdy w tłoku autobus zatrzymał się w Białymstoku i wysiadło 80% pasażerów. Od razu zrobiło się luźniej :) Po 10 minutach postoju autobus ruszył na Wilno. Jechało może ze dwadzieścia osób - w tym grupa turystów z Portugalii.
            Potem jazda jak jazda - po godzinie osiemnastej i lekkich opadach słońce na Podlasiu powoli zaczęło zachodzić. Granicę przekroczyliśmy około 21 - tu przesunięcie zegarków na godzinę do przodu, nagle w telefonach zrobiła się 22. Dodatkowo, gdy tylko autobus przekroczył granicę, w autobusie przestało działać wi-fi - no cóż, da się żyć i bez tego. Po dwóch godzinach jazdy, m.in. przez obwodnicę Kowna o północy dotarliśmy na wileński dworzec autobusowy. Tu odebrał nas znajomy taty, pan Czesław - bardzo miły i pomocny człowiek, kresowianin od pokoleń. Zabrał nas do samochodu i pojechaliśmy do niego na noc. Rozmawialiśmy jeszcze trochę - jak ci Polacy z Wileńszczyzny pięknie mówią! To jest prawdziwa czysta polszczyzna :) Wieczorem już odpoczynek i szybko do spania.

 

18 kwietnia

          Rano zjedliśmy jakieś śniadanie (oczywiście na stole podany czarny jak kawa chleb wileński) i pojechaliśmy o 8 na miejsce konferencji, gdzie musiałem chwilę pomóc w organizacji. Po drodze zajechaliśmy jeszcze do jednego ze sklepów Maxima (litewska sieć supermarketów), żeby wyrobić Vilniečio kortelė - wileńską kartę miejską. Koszt karty to 1,50€, a koszt potrzebnego mi biletu dobowego to 3,48€. Pan Czesław pomógł trochę tłumaczyć z litewskiego i z jego pomocą udało się kupić kartę z biletem dobowym. Na miejscu miałem mało do zrobienia i już o dziewiątej miałem czas dla siebie. Plan jazdy co do minuty ułożyłem sobie już tydzień przed wyjazdem - teraz tylko realizować :) Zaliczenie całej sieci trolejbusowej miało zająć mi dziewięć godzin - od 9 do 18.
         W związku z tym, że trasa przede mną długa, poszedłem zrobić sobie małe zakupy na litewskie śniadanie. Kupiłem kilka świeżych, ciepłych bułek, opakowanie salami (kindziuka nie było), oraz girę - czyli litewski kwas chlebowy. Przy kasie rozmieniłem 10 euro i pani wydała mi już nowe litewskie monety z 'pahonią' - są w obiegu od stycznia 2015. Poszedłem na najbliższy przystanek trolejbusowy Naujamiestis, żeby pierwszą tego dnia linią 16 dojechać na pętlę Pašilaičių žiedas (polecam otworzyć sobie w nowej karcie mapę trolejbusów w Wilnie  - będzie łatwiej śledzić trasę. Przystanek początkowy Naujamiestis znajduje się w dolnej części mapy przy fioletowym odcinku). Pierwszym trolejbusem, jakim tego dnia przyszło mi jechać, był polski Solaris Trollino 15. Od razu po wejściu przyłożyłem kartę do czytnika i pojawiły się jakieś litewskie szlaczki, znaczek akceptacji oraz data i godzina 19.04.2015 09:16 - czyli dokładnie dzień później. Wywnioskowałem, że wszystko się udało :)
         W trolejbusie niedużo osób - ale słychać jedynie język rosyjski. W ogóle podczas całej mojej sobotniej jazdy w trolejbusach słychać prawie tylko rosyjski, czasami litewski, polskiego wcale. Choć gdybym pewnie spytał się coś po polsku, każdy by mi odpowiedział - ludzie jednak wolą posługiwać się rosyjskim. Trolejbus jedzie na zachód, opuszcza zabudowania, skręca na północ, jedzie dwupasmówką przez las i dojeżdża do postsowieckiego blokowiska. Miłym akcentem podczas jazdy, jest widok mijanego wieżowca stacji radiowych - na dole widać nazwy jakichś różnych litewskich stacji, zaś na samym szczycie dwudziestopiętrowca widnieje wielki polski napis ZNAD WILII 103,8. Po około pół godzinie jazdy jestem na Pašilaičių žiedas. Dopiero teraz poczułem, że jestem na Litwie - temperatura to 2 stopnie, dodatkowo przenikliwy wiatr. W porównaniu z 15 stopniami i słońcem wczoraj w Warszawie, to jak inny kontynent.       
         Teraz musiałem się dostać na drugą pętlę na tym blokowisku -IMG 2700 Pašilaičių. Podczas piętnastominutowego spaceru wśród bloków zaczepiła mnie Litwinka i spytała po litewsku, czy nie wiem, gdzie jest przystanek pašilaičių žiedas. Zastanowiłem się chwilę i odpowiedziałem 'nie wiem'. Ona na to 'nie wiem, dobrze' i uśmiechnęła się i odeszła w swoją stronę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że trochę zwaliłem sprawę, bo właśnie wracałem z pašilaičių žiedas :) No cóż, byłem zaskoczony pytaniem i nie udało mi się posłużyć za informację o komunikacji miejskiej. Tu na pętli Pašilaičių miałem z 25 minut, więc z kupionych bułek i salami przy pomocy scyzoryka zrobiłem sobie kanapki. Potem wsiadłem w starą Skodę na linii 18, żeby dojechać do przystanku Vaivorykštės st. Zrobiłem tu zdjęcie przystanku i rozkładów jazdy - w Wilnie rozkłady 'owijane' są na słupkach przystankowych. Stamtąd przeszedłem do leżącej obok pętli Karoliniškės. Tu otworzyłem kupiony rano kwas chlebowy - musiałem to zrobić przy pomocy chusteczki nad trawnikiem, bo trochę było wstrząśnięte.
           Z Karoliniszek pojechałem kolejną Skodą - tym razem na linii 9 w kierunku centrum handlowego Šiaurės miestelis. Trolejbus po drodze mija nowe centrum handlowo-usługowe Wilna i stadion Żalgirii Wilno (Žalgiris to litewska nazwa na Grunwald). Na trasie minąłem również Solarisa na l. 17, który zgubił pałąki i kierowca musiał interweniować powodując lekki korek. Trolejbus postał pięć minut przy centrum handlowym i zawrócił zabierając mnie z powrotem, ale tylko do przystanku Minties st., bo tu poczekałem na l. 19 która zawiozła mnie na najbardziej wysuniętą na wschód pętlę Wilna - Saulėtekis. Tutaj poczekałem na dziesiątkę, bo tylko ta linia jeździ przez trasę O. Milašiaus. Całe szczęście, że właśnie byłem wewnątrz Skody, bo po minięciu Antokolu zaczęła się ulewa i intensywne, choć krótkotrwałe opady gradu.
         Wysiadłem po dłuższej jeździe przy Operos ir Baleto Teatras. Przeszedłem kilkaset metrów do V. Kudirkos aikštė i tu po zrobieniu zdjęć Prospektu Giedymina wsiadłem w 6, która zawiozła mnie na pętlę Žirmūnai. Tu poczekałem chwilę i wsiadłem w kolejną starą Skodę na l. 17, którą dojechałem pod Kościół Św. Piotra i Pawła. Tu znowu zaczął padać grad, ale schroniłem się w następnym trajtku, którym podjechałem tylko trzy przystanki do Šilo tiltas i zawróciłem stąd 2 prosto na dworzec (Stotis), bo to już 14:00 i trzeba by zjeść coś na ciepło. Wysiadłem z Solarisa przy okazałym budynku dworca i poszedłem szukać jakiegoś punktu z kebabami czy czymkolwiek. Znalazłem przy wejściu do dworca autobusowego - cena za duży kebab z mięsem, surówkami i sosami - 2,60€. Zamawiam więc u pana (Litwina) po angielsku, a ten informuje mnie, że kebab kosztuje 3,-€. Odpowiadam po angielsku, że przecież jest napisane, że 2,60€, a ten tłumaczy, że to stara cena i obok jest nowa. Obok, znaczyło na tylnej, trudno zauważalnej ścianie. Trudno, co się będę o 0,40€ kłócić. Na szczęście jakość i wielkość były odpowiednie do ceny. Było dużo i smacznie :)
         Była już 15:00, więc jedząc poszedłem przed dworzec i kładkę nad torami na teren dzielnicy Naujininkai. Tu o 15:20 wsiadłem w trolejbus 10, do którego chwilę przed odjazdem wsiadła pijana, naspidowana Rosjanka, która po krótkiej rozmowie ze znajomymi siedzącymi obok usiadła koło mnie (mowa o ostatnim rzędzie pięciu siedzeń). Jej znajomi wyszli na kolejnym przystanku, a ta śmierdząca narkomanka zaczęła przechylać się w moją stronę. Szybko się ewakuowałem na przód Skody i całe szczęście, bo po kolejnych kilku przystankach leżała już półprzytomna niemal na podłodze. Cóż, każdy ma swój styl bycia.
        Wysiadłem przy Žaliasis tiltas, przeszedłem na drugą stronę i wsiadłem w trolejbus 3, który przez klimatyczną dzielnicę Zwierzyniec (Žvėrynas) pełną pięknych drewnianych zdobionych domków dowiózł mnie znów w rejon Karoliniszek. Tu postałem chwilę na przystanku korzystając z wi-fi - świetna sprawa. W Wilnie wi-fi jest dostępne na przystankach z kioskami. Poczekałem tu chwilę i wsiadłem w Skodę na linii 18, którą po długiej jeździe dojechałem na Titnago Gatvė. Jest to peryferyjna pętla z dala od cywilizacji. Na ostatnim przystanku zostałem tylko ja i kierowca. Właśnie wysiadał z kabiny, więc gestem spytałem się, czy 'abarot'. On odpowiedział, że 'pjat minut' i poszedł w krzaki na chwilkę. Też skorzystałem z ciszy i spokoju i po załatwieniu tego co trzeba wróciłem na pokład 18-tki. Dojechałem nią do przystanku Riovonys, poczekałem tu dwie minuty na 6-tkę i nią spokojnie dojechałem do ulicy Jagiełły (Jogailos g.). Przy tej ulicy, jak i przy wielu 'niestaromiejskich' ulicach Wilna, rzuciły mi się w oczy okaleczone kamienice - chodzi o likwidowanie i niszczenie pięknych zdobionych reprezentacyjnych fasad kamieniec w czasach socjalizmu w imię walki z burżuazją, owocami kapitalistycznego wyzysku i innych bzdur. W ten sposób po kamienicach zostały praktycznie ich 'obudowy', bez pięknych fasad i balkonów.
           Stąd pojechałem na dworzec, żeby złapać 16, która zawiozła mnie z powrotem na miejsce początku jazdy - przystanek Naujamiestis. W tym miejscu skończyłem więc zaliczanie sieci - z trolejbusami miałem już spokój :) Tata właśnie skończył konferencję, więc wróciliśmy zostawić rzeczy do pana Czesława i wspólnie pojechaliśmy na wieczorne zwiedzanie Wilna. Po chodzeniu pięknymi ulicami wśród wspaniałych kamienic, poszliśmy na kolację do restauracji serwującej głównie kuchnię litewską - Forto Dvaras. Ja zamówiłem sobie kołduny - czyli pierogi z mięsem pływające w tłuszczyku, pokryte skwarkami i śmietaną. Do tego wziąłem piwo pszeniczne niefiltrowane Butautu Alas - moim zdaniem nieco mdłe (może nie współgrało z kołdunami). Po udanej kolacji i spacerze od Katedry do Ratusza, wróciliśmy do samochodu i do domu na noc.

 Galeria zdjęć z dwóch pierwszych dni wyjazdu

 

18 kwietnia

          Rano pospaliśmy trochę dłużej po wieczornym zwiedzaniu i kolacji i wstaliśmy dopiero o dziesiątej. Na spokojnie zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy samochodem do Trok. Zamek w Trokach to jeden z bardziej znanych zabytków na całej Litwie - zbudowany przez Giedymina i Olgierda w XIV wieku, niszczony przez różne wojny, dziś odrestaurowany. Do Trok przyjechaliśmy około jedenastej (Troki i Wilno dzieli ok. 25km). Pogoda była nienajlepsza - niska temperatura około trzech stopni, a do tego silne wiatry znad jeziora. Ciepło nie było. Zrobiliśmy sobie spacer wokół zamku, zaszliśmy na chwilę na dziedziniec i wróciliśmy mostami do głównej ulicy miasta, Karaimskiej. Karaimowie zostali sprowadzeni przez Witolda (Vytautas) w XIV wieku do Trok i od tamtego czasu lud ten zamieszkuje to miasteczko w typowych drewnianych domkach w różnych kolorach. Posiadają nawet swoją szkołę i kenesę (kościół).
         IMG 2799Mimo złej pogody co chwila mijaliśmy różne wycieczki - z Litwy, Łotwy, ale przede wszystkim z Polski. Po krótkim spacerze, weszliśmy do jednej z restauracji spróbować karaimskiego dania - kibinów, czyli pieczonych pierożków nadziewanych mięsem baranim lub wołowym. Ja zamówiłem sobie wołowy - smakowało zupełnie jak rosyjski czeburek kupiony na dworcu w Nowgorodzie na Wołchowie o 2 w nocy kiedy wracałem z Murmańska :) Mięsne nadzienie było wyśmienite. Za jeden taki kibin (kybyn) trzeba zapłacić ok. 2€. Po zjedzeniu i ogrzaniu się przespacerowaliśmy jeszcze kawałek, do kościoła katolickiego i zawróciliśmy na parking do samochodu. Tata z panem Czesławem wrócili do Wilna, a mnie na moje życzenie wysadzili przy dworcu kolejowym w Trokach. Miałem stąd akurat pociąg do Wilna o 14:21 - skoro już jestem na Litwie, to warto by choć raz przejechać się tutejszym pociągiem.
         Dworzec był zamknięty, więc musiałem liczyć na kupienie biletu u konduktora. Zająłem sobie miejsce w przedniej części składu i po kilku minutach pociąg ruszył. Prędkość przyzwoita, wewnątrz czysto, głosowe komunikaty, elektroniczne wyświetlacze - i to wszystko w 3. klasie  :) Za bilet Troki - Wilno 28km zapłaciłem u konduktora 1,68€. Niestety, nie dostałem bilety tylko paragon jak za zakupy.
           Wysiadłem na dworcu w Wilnie równo o 15:00. Odebrali mnie spod dworca i pojechaliśmy na Belmont, czyli taki pół zajazd, pół park rekreacyjny leżący 4km na wschód od Wilna. Niestety nie było temperatury na dłuższe spacery, więc wróciliśmy do miasta. Pojechaliśmy na Akropolis, czyli największe w Wilnie centrum handlowe, żeby zrobić sobie zakupy na powrót i kupić jakieś litewskie specjały do Polski. Ja kupiłem oczywiście wodę Vytautas, kwas chlebowy, jakieś piwo, chałwę, pierniki i inne podobne rzeczy. Po zakupach pojechaliśmy na Stare Miasto na mszę do Kościoła Świętego Ducha. Będąc w Wilnie ma się wrażenie, że to właśnie kościoły są taką cichą ostoją polskości. Kiedy zejdzie się z ulic nazwanych po litewsku, z litewskimi szyldami na ścianach i wejdzie się do kościoła, można znaleźć się jakby w innym świecie. Polskie napisy, polskie ogłoszenia, polscy księża, msze po polsku - zupełnie jak w Wilnie sto lat temu. Szkoda, że polskość została zepchnięta w mury klasztorów i kościołów..
         Po mszy wróciliśmy jeszcze pod Ostrą Bramę, pochodziliśmy chwilę i wróciliśmy na parking do samochodu. Płytki na chodniku obok parkingu wyglądały, jakby po nich czołg przejechał :) Wróciliśmy na Karoliniszki odstawić zakupy i inne rzeczy i pojechaliśmy na ostatnią kolację na Litwie - trafiliśmy do jednej z osiedlowych ni to knajp, ni to barów - taki lokal o cechach restauracji, serwujący głównie kuchnię litewską, choć były też dania hiszpańskie i meksykańskie. Ja wziąłem sobie 2 quesadillas z mięsem, salami, papryką pepperoni i innymi dodatkami. Pyszne, ostre, takie jak ma być - 3,5€.
         Ani się nie obejrzeliśmy, a to już 21:00 - a odjazd autokaru do Polski mamy o 22:15. Pożegnaliśmy się z rodziną naszego pana gospodarza i obładowani siatkami jak cyganie pojechaliśmy na dworzec. Do Warszawy (Berlina) odjeżdżały akurat dwa autokary - jeden o 22:15, drugi o 22:30. Ten o 22:30, już stał, a o 22:15, nasz, jeszcze nie przyjechał. Była już 22:30, nadal go nie było. No cóż, pewnie spóźnienie. Przyjechał o 22:35, tłum ludzi wysiadł, kolejny tłum wsiadł - i tak co miasto. Pożegnaliśmy się z panem Czesławem dziękując mu za gościnę, wycieczki po mieście i wszystkie litewskie potrawy, których dzięki jego uprzejmości mogliśmy spróbować. Zostawiliśmy bagaże w luku, stewardessa (tak się nazywała jej funkcja) sprawdziła bilety i zaprosiła na pokład. Mieliśmy akurat miejsce w ostatnim rzędzie z tyłu po lewej.  Te wszsytkie bałtyckie autokary mają wszystko, czego potrzeba - gniazdka, wifi, pasy, odchylane fotele, co ważne - więcej miejsca na nogi i z boku. Każdy ma też przed sobą dotykowy ekranik - można śledzić pozycję autokaru na mapie, zagrać w szachy, albo obejrzeć film podłączając słuchawki. Ja wybrałem Incepcję z di Caprio, ale gdzieś w połowie zasnąłem.

 

19 kwietnia

         Obudziłem się jakoś w Markach przed Warszawą, zmiana czasu tym razem do tyłu - z 5:40 zrobiła się 4:40, bo dopiero wyłączyłem tryb samolotowy. Na Centralny autobus przyjechał o 5:30. Przeczekaliśmy godzinę w McDonaldzie i o 6:30 pojechaliśmy metrem na Wilanowską. Polskim Busem o 7:15 odjechaliśmy bez problemów do Lublina i o 10:00 byliśmy już u siebie, a ja od razu z tymi wszystkimi butelkami Vytautasa, kwasu i piwa poszedłem do szkoły pisać sprawdzian :)

Galeria zdjęć z dwóch ostatnich dni wyjazdu