środa, 22 11, 2017

7 II 2015 - Bolesławiec & Legnica & Świdnica

    Rano na zielonogórskim dworcu jest dość tłoczno. W przeciągu pół godziny stacja przyjmuje i odprawia łącznie osiem różnych pociągów.  Ja wsiadłem w swój szynobus do Jeleniej Góry i o 7:30 odjechaliśmy, ścigając się jeszcze przez chwilę z EN57 do Szczecina jadącym obok po sąsiednim torze. Wysiadłem dwie godziny później w Węglińcu, ważnej stacji węzłowej niedaleko Zgorzelca. Poczekałem tu dziesięć minut, w międzyczasie robiąc zdjęcia starych budynków stacyjnych, z których jeden z daleka przypomina warownię z dwoma wieżami i o 9:39 głośno hamując przyjechał szynobus Kolei Dolnośląskich ze Zgorzelca do Wrocławia, który w pół godziny zawiózł mnie do Bolesławca.
    Bolesławiec (Bunzlau) prawa miejskie otrzymał w 1251 roku, lokowany na miejscu dawnego grodu słowiańskiego. Najpierw w granicach księstw śląskich, potem pod zwierzchnictwem czeskim, następnie w monarchii habsburskiej. W wyniku wojen śląskich 1756-1763 znalazł się w granicach Prus. Po zdobyciu przez Armię Czerwoną w 1945 miasto przekazano polskiej administracji. Bolesławiec od wieków słynie z wyrobów porcelanowych, które wytwarza się tu do dziś.
    Na eleganckim odnowionym dworcu w Bolesławcu wysiadłem kilka minut przed dziesiątą.  Najpierw centrum obszedłem łukiem ulicami Chrobrego, Żwirki i Wigury, Kubika, żeby rozejrzeć się za biletami, których łącznie udało mi się znaleźć niecałe trzydzieści, w czterech różnych cenach. Na bolesławiecki rynek wszedłem Bramą Piastowską po drodze mijając wcześniej pomnik gen. Kutuzowa, dowódcy wojsk rosyjskich z czasów wojen napoleońskich. Zmarł tu w 1813 roku, a król pruski Fryderyk Wilhelm III sześć lat później ufundował obelisk na cześć feldmarszałka, jako gest wdzięczności za pomoc Niemcom w walce z Napoleonem. Po zajęciu miasta przez sowietów w lutym 1945 roku, w domu, w którym zmarł generał, utworzono poświęcone mu muzeum, a pomnik przy ul. Kubika stał się niemal miejscem kultu - radzieccy żołnierze pełnili nawet regularną wartę przy obelisku. W 1993 roku, gdy (już rosyjskie) wojska opuszczały Polskę, z muzeum Kutuzowa Rosjanie wywieźli wszystkie eksponaty. Żołnierze wykopali nawet z ziemi urnę z resztkami feldmarszałka, którą zabrali ze sobą. Dziś w Bolesławcu po Kutuzowie został pomnik, oraz ulica nazwana jego imieniem, prowadząca do Bramy Piastowskiej.
    Na Rynku zrobiłem dużo zdjęć - trochę porównawczych do przedwojennych, ale głównie do galerii z wyjazdu - bo tak kolorowego placu staromiejskiego jak ten w Bolesławcu jeszcze nie widziałem. Wracając na dworzec minąłem jeszcze Muzeum Ceramiki, Teatr Miejski i okazały gmach Sądu Rejonowego, dawnego gimnazjum. Budynek sądu, choć wykonany w stylu gotyckiego zamku, z powodu swojego kształtu skojarzył mi się z wałbrzyskim ratuszem. Na dworcu poczekałem jeszcze kilkanaście minut i minimalnie spóźniony nowoczesny Newag wjechał na peron o 11:54. Pociąg pruł szybko po wyremontowanym odcniku -  niecałe 50 kilometrów pokonał w pół godziny. Do niedawna tą trasą jeździł międzynarodowy ekspres EC Wawel łączący Berlin z Wrocławiem. Połączenie zlikwidowano jednak w grudniu 2014, tym samym po 170 latach funkcjonowania Wrocław stracił bezpośrednie połączenie z Berlinem.
    W Legnicy wysiadłem o 12:25. Perony dworca znajdują się na hali - zupełnie jak we Wrocławiu. Poszedłem od razu w kierunku ulicy Muzealnej. Po drodze minąłem Zamek Piastowski i wiele pięknych, choć nieremontowanych kamienic przy ulicy Piastowskiej. Zwiedzanie Legnicy zacząłem od ul. Złotoryjskiej - tu zrobiłem pierwsze z kilkunastu zdjęć porównujących przedwojenną Liegnitz ze współczesną Legnicą (link na dole).
    Od połowy XII wieku aż do roku 1675 Legnica była stolicą piastowskiego księstwa, które po śmierci ostatniego władcy weszło w granice Cesarstwa Niemieckiego. Potem rozwijała się jako drugie co do wielkości (po Wrocławiu) miasto Dolnego Śląska. Zajęta w lutym 1945 przez Armię Czerwoną niemal w nienaruszonym stanie. Po wojnie, aż do roku 1993 znajdował się tu największy garnizon żołnierzy radzieckich w Polsce.
    Jeśli chodzi o architekturę, to Legnica została potraktowana przez historię bardzo brutalnie. Po zdobyciu miasta w lutym 1945, sowieci w maju tego samego roku postanowili urządzić w Legnicy ognie zwycięstwa - polegało to na wrzucaniu kanistrów z benzyną bądź granatów do zabytkowych kamienic. Zniszczono w ten sposób całe historyczne centrum miasta, które przecież można było potem uratować i zabezpieczyć. Niestety, miejscy decydenci na początku lat sześćdziesiątych postanowili wyburzyć całe kwartały zabytkowej zabudowy naruszonej przez Armię Czerwoną, choć oberwało się też wielu kamienicom, które w maju 1945 uniknęły radzieckich podpaleń. Najbardziej dotknięty został obszar między Zamkiem Piastowskim a Rynkiem - wyburzono całą przedwojenną zabudowę, by na jej miejscu postawić obskurne wieżowce. W niektórych miejscach spod bloków nadal wystają fundamenty dawnych mieszkań. Sam Rynek również został bardzo okaleczony - wyburzono niemal wszystkie kamienice poza Ratuszem i 'Śledziówkami' (wąskie kamienice obok Ratusza).
    Smutny los spotkał Legnicę. Stare zabytkowe kamienice przetrwały wieki, przetrwały również II wojnę światową. Zostały poważnie uszkodzone w maju 1945, lecz stały nadal. Kres ich istnieniu przyniósł dopiero PRL i lata sześćdziesiąte. Zamiast wyremontować, tak jak Śledziówki, brutalnie zburzono zabytkowe, niepowtarzalne centrum miasta. I to z tak bzdurnych powodów jak "skończenie z niemiecko-burżuazyjną przeszłością miasta" czy też "potrzeba socjalistycznego budownictwa mieszkalnego dla pracującego społeczeństwa Legnicy"...  Po tym wszystkm miasto przypomina obwarzanek - piękne dookoła, wewnątrz puste, wygryzione. Porobiłem jeszcze trochę zdjęć i zachodząc na przystanki wróciłem na legnicki dworzec. Z biletami w Legnicy trochę kiepsko - znalazłem tylko dziesięć sztuk, w dwóch cenach - 1,80zł i 3,00zł. Na hali z peronami stał już podstawiony szynobus do Kłodzka przez Jawor, Świdnicę i Kamieniec. Zająłem sobie miejsce i o 14:16 ruszyliśmy.
    Po godzinie i piętnastu minutach jazdy, pociąg dojeżdża do stacji Świdnica Miasto. Podróżnych przyjeżdżających koleją wita piękny, wyremontowany dworzec. Wyszedłem na pl. Grunwaldzki i zacząłem kierować się w stronę Kościoła Pokoju. Ewangelicko-Augsburski Kościół Pokoju w Świdnicy został wybudowany w latach 1656-1657 na znak pojednania katolickiego cesarza Niemiec Ferdynanda ze śląskimi luteranami, po traktacie westfalskim kończącym religijną wojnę trzydziestoletnią. Wydana przez cesarza zgoda na budowę zawierała jednak pewne warunki:

-kościół musiał być lokowany poza murami miasta, oddalony od nich na odległość strzału armatniego,
-nie mógł mieć bryły przypominającej kościół,
-musiał być zbudowany z materiałów nietrwałych (drewno, słoma, glina),
-okres budowy nie mógł przekroczyć 1 roku.

    Warunki te, szczególnie dwa ostatnie, miały sprawić, że kościół będzie nietrwały i po pewnym czasie runie. Stało się tak z Kościołem Pokoju w Głogowie, który zawalił się w 1654 roku, a później odbudowany, ostatecznie spłonął w 1758 od uderzenia pioruna. Do dziś przetrwały pozostałe dwa z trzech kościołów - w Jaworze oraz w Świdnicy. Oba wpisanę są na listę światowego dziedzictwa Unesco.
    Do kościoła doszedłem po kilkunastu minutach drogi. Niestety, na drzwiach kościoła przeczytałem, że od listopada 2014 do marca do 2015 prowadzone są prace remontowe i zwiedzanie wnętrza jest niemożliwe, chyba że jest się ze zorganizowaną grupą bądź zapłaci się 40zł. Obszedłem więc budynek dookoła pośród grobów na luterańskim cmentarzu i wróciłem w kierunku dworca. W drodze powrotnej zaszedłem na świdnicki rynek - Świdnicy całe szczęście udało się uniknąć zniszczeń wojennych i dzięki temu centralny plac miasta zachował się w pięknej, nienaruszonej przedwojennej formie. Obszedłem otoczony czterema fontannami ratusz mieszczący dziś Muzeum Kupiectwa i wróciłem na dworzec.
    O 16:45 na remontowany peron świdnickiego dworca wjechał szynobus do Legnicy, którym podjechałem dwie stacje dalej do przesiadki w Jaworzynie Śląskiej. W międzyczasie zaszło słońce, któro ostatniemi promieńmi oświetlało wzgórza pod Wałbrzychem. W Jaworzynie miałem niecałe dwadzieścia minut, więc poszedłem do najbliższego sklepu na skróty przez tory, żeby kupić sobie drożdżówki i jogurty do picia na jutro rano, bo przecież w Opolu o 5:00 w niedzielę nic nie dostanę. Po zakupach wróciłem na dworzec jednej z ważniejszych dolnośląskich stacji węzłowych i o 17:25 wjechał skład regio 'Kamieńczyk' do Poznania przez Wrocław. Kamieńczyk to najbardziej specyficzny pociąg regio w Polsce - obsługiwany jest składem pięciu nowoczesnych wagonów bezprzedziałowych m.in. z gniazdkami elektrycznymi. Do niedawna w składzie tego pociągu jeździł jeszcze wagon piętrowy, ale tym razem na niego nie trafiłem. Trasa Kamieńczyka to najdłuższa trasa regio w Polsce - od Szklarskiej Poręby Górnej do Poznania Głównego szlak liczy 323 km. Pociąg zatrzymując się na każdej z sześćdziesięciu sześciu stacji dystans ten pokonuje w 7 godzin i 10 minut - wliczając w to półgodzinny postój we Wrocławiu Głównym.
    Ja po niecałej godzinie jazdy wysiadam we Wrocławiu. Mam tu 15 minut na przesiadkę do regio z Wrocławia do Raciborza przez Opole o 18:35. Czas ten przeznaczam na wymianę osobistą ze znajomą kolekcjonerką Moniką, z którą spotkałem się na peronie. Po wymianie pożegnałem się i wsiadłem do gotowego do odjazdu EN57. W Opolu melduję się o 19:50. Z dworca szybko idę na miejsce noclegu, żeby dobrze się wyspać, bo kolejny dzień zaczynam pociągiem do Nysy o 5:44.

 

Galeria zdjęć z wyjazdu

 

Bolesławiec wczoraj i dziś
(przedwojenne zdjęcia pochodzą ze strony fotopolska.eu)

Legnica wczoraj i dziś
(przedwojenne zdjęcia pochodzą z forum liegnitz.pl)

 

Część 6/7 - Nysa & Kędzierzyn-Koźle & Racibórz