środa, 22 11, 2017

2 II 2015 - Częstochowa & Opole

    Rano pożegnałem się z rodziną, podziękowałem za gościnę i poszedłem na przystanek 69A o 8:02. Po dwudziestu minutach byłem już na widzewskim dworcu; tu poczekałem kilkanaście minut i o 8:47 na remontowany peron 2 wjechał TLK 91105 "Kurpiński" rel. Łódź Kaliska - Warszawa Wschodnia. Pociąg nie był objęty obowiązkową rezerwacją miejsc, więc zająłem pierwsze lepsze siedzenie. Nie robiło mi to żadnej różnicy, bo i tak za 20 minut wysiadałem w Koluszkach, żeby przesiąść się na pociąg do Częstochowy.
    Koluszki to ważny węzeł kolejowy - pasażerski, towarowy, a przede wszystkim pocztowy - to tu trafiają wszystkie niedostarczone i zapomniane przesyłki. Na perony wysiadłem kilka minut po dziewiątej. Miałem 15 minut do przesiadki na TLK 14103 "Karlik" z Warszawy do Katowic, więc poszedłem do poczekalni z kasami, która robi za dworzec i leży w całości na jednym z peronów między torami, co rzadko się w Polsce zdarza. Tu zapowiedzieli, że mój pociąg do Częstochowy o 9:18 będzie opóźniony 10 minut, opóźnienie może ulec zmianie. Uległo. Skład spóźniony piętnaście minut wjechał na drugi peron o 9:32. Ruszyliśmy na Katowice, a tuż za nami minutę później odjechał regio w tym samym kierunku, do Częstochowy.
    Po raz pierwszy odjeżdżałem z Koluszek na południe - jechałem teraz 'wiedenką', czyli trasą Kolei Wiedeńskiej, pierwszej linii kolejowej w Królestwie Polskim. Odcinek Warszawa - Sosnowiec przez Koluszki, Piotrków Trybunalski i Częstochowę powstał w latach 1840-1848. Mój pociąg trasę z Koluszek do Częstochowy pokonał w 1h 20min i o kwadrans spóźniony wysiadłem na dworcu Częstochowa Osobowa, który dworca nie przypomina, bardziej jakąś źle zaprojektowaną galerię handlową. Na Częstochowę miałem czas od 10:50 do 14:00, czyli lekko ponad trzy godziny. Ponieważ byłem w tym mieście po raz pierwszy, chciałem zrobić tu dwie rzeczy - zaliczyć całą sieć tramwajową oraz zwiedzić Klasztor Paulinów na Jasnej Górze. Zacząłem od tramwajów.
    Pierwsze 10 minut w Częstochowie spędziłem na poszukiwaniu biletu dobowego - dostałem go dopiero w trzecim kiosku, na rogu al. Wolności z Al. Najśw. Maryi Panny. Tu wsiadłem w pierwszy tego dnia tramwaj - stary konstal 805Na na linii 1 w kierunku Fieldorfa-Nila. Tramwaje w Częstochowie to obecnie jedyny w Polsce system tramwajowy wybudowany od podstaw po roku 1945. Niedługo do Częstochowy dołączy Olsztyn, w którym w 2015 kładą już tory, ale do pełnego startu tramwajów w Olsztynie minie trochę czasu. Pierwszy tramwaj na ulice Częstochowy wyjechał 8 marca 1959, budowa trwała od 1955. Linię później wydłużano, m.in. w roku 1984 do pętli Fieldorfa-Nila, czy w roku 2012 od ul. Jagiellońskiej do nowej pętli Stadion Raków. Dziś po częstochowskiej sieci przypominającej widły kursują trzy linie - 1, 2 i 3, z czego 2 jest skróconą wersją 1. Obsługiwane głównie starymi wagonami konstal 805Na w czerwono-kremowym malowaniu; nowoczesne tramwaje Pesa Twist pojawiają się jedynie na linii 3.
    Po piętnastu minutach wysiadłem na Fieldorfa-Nila, tramwaj zawrócił i po minucie ruszył w drogę powrotną na Kucelin-Szpital. Mimo że był to skład dwuwagonowy i nie były to godziny szczytu, to dwie trzecie długiej trasy stałem w tłoku, o siedzeniu nie było mowy. Takim powodzeniem cieszą się tu tramwaje. Na Kucelinie przy szpitalu tramwaj znów zrobił kółko i zawrócił do miasta. Żeby wyrobić się z zaliczeniem sieci, zwiedzeniem Jasnej Góry i zdążyć jeszcze na pociąg o 14:03 z Częstochowy Stradom, musiałem pojechać na skróty. Wysiadłem więc z tramwaju przy Estakadzie i poczekałem tu kilka minut na autobus 12, który zawiózł mnie w kilka minut w okolice pętli Raków Stadion. Tu już stała gotowa do odjazdu nowoczesna Pesa Twist na linii 3, która ruszyła o 12:10, mimo że odjazdy na rozkładzie były o 12:05 lub 12:15.
    Tramwaj wewnątrz jest bardzo cichy, a przystanki zapowiada ciekawie tonujący głos, kiedy zapowiadał przystanki Rakowska czy Żarecka, miałem wrażenie, że był to Przemysław Babiarz :) Poźniej to sprawdziłem, przystanki w tych tramwajach zapowiada Artur Barciś. Przejechałem Pesą całą wybudowaną w latach 2010-2012 trasę i wysiadłem przy Dworcu PKS, bo stąd za kilka minut miałem 31 na Jasną Górę. Dobrze trafiłem, bo 31 kursuje raz na godzinę, a piechotą do klasztoru bym się nie wyrobił.
    Początki jasnogórskiego klasztoru sięgają końca XIV wieku, kiedy to książę Władysław Opolczyk ściągnął na te ziemie Paulinów z Węgier. Przez lata klasztor był rozbudowywany, najintensywniej w XVII wieku w stylu barokowym. W 1655 załoga Jasnej Góry pod dowództwem przeora Augustyna Kordeckiego skutecznie powstrzymywała szwedzkie oblężenie. Mimo wielu prób podczas wojen północnych klasztor pozostał niezdobyty, aż do roku 1772, kiedy po konfederacji barskiej król Stanisław August Poniatowski poddał go Rosjanom. Obecnie jest jednym z ważniejszych ośrodków kultu maryjnego na świecie i najważniejszym centrum pielgrzymkowym w Polsce.
    Niestety, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej odsłonięty był do 13:00, a ja dotarłem tam o 13:05. W bazylice i terenach klasztornych spędziłem pół godziny robiąc dużo zdjęć. Jasna Góra robi wrażenie - głównie barokowego przepychu, bogactwa i okazałosci. Uwagę zwracają też liczne wota, pozostawione kule i laski będące świadectwem ozdrowień chorych. Opuściłem mury Jasnej Góry i poszedłem na przystanek, żeby zdążyć na 11 o 13:29 bądź 31 o 13:34, bo do odjazdu pociagu ze Stradomia zostało mi już tylko pół godziny. Niestety, jedenastka odjechała cztery minuty przed czasem. Na szczęście 31 przyjechało punktualnie - wysiadłem dwa przystanki dalej, przy Skwerze Sokołów. bo stąd było mi piechotą najbliżej do dworca, lekko ponad kilometr.
    Częstochowa poza kilkoma przystankami osobowymi, ma dwie główne stacje - Częstochowa Główna, zwana Osobową, oraz Częstochowa Stradom. Częstochowa Główna (tu rano wysiadałem) to stacja obsługująca ruch pociągów regio, Kolei Śląskich oraz pociągów dalekobieżnych TLK, przeważnie w relacji północ-południe. Druga stacja, Częstochowa Stradom, jest nieco oddalona od centrum. Obsługuje ona jedynie połączenia realizowane szybszymi pociągami - kategorie IC, EIC oraz EIP (Pendolino). Doszedłem tu na kilkanaście minut przed odjazdem pociągu. Kupiłem sobie jeszcze hamburgera u miłej pani kucharki w barze i na trzy minuty przed przyjazdem o 14:02 pociągu IC 38102 'Kossak' przyszedłem na peron. 
    Pierwszy raz jechałem pociągiem kategorii IC - są to pociągi w cenach TLK, jednak o podwyższonym standardzie, składające się ze zmodernizowanych wagonów bezprzedziałowych. Kiedy zająłem swoje miejsce, jakiś starszy facet, który pomagał swojej żonie z bagażami, pożegnał się z nią i szykował się do wyjścia. Tak czułem, że trochę z tym zwlekał i miałem rację - przy ostatnim buzi buzi na pożegnanie pociąg ruszył, a gościowi nie udało się otworzyć już drzwi jadącego składu i pojechał z nami bez biletu do Lublińca.
    Z IC 'Kossaka' wysiadłem w Opolu chwilę po piętnastej, a pociąg pojechał dalej na Szczecin. W Opolu miałem 50 minut do odjazdu ostatniego dla mnie tego dnia pociągu - TLK 'Sztygar' z Lublina do Zielonej Góry o 15:53. Niecała godzina na zwiedzanie Opola to zbyt mało, więc ograniczyłem się jedynie do obejścia Ratusza wraz z Rynkiem i zawróciłem na dworzec. Opole trzeba będzie jeszcze kiedyś odwiedzić na dłużej. Co prawda będę tu nocował za kilka dni z soboty na niedzielę 07.02/08.02, ale czas będę miał od 20:00 do 05:30, więc ze zwiedzania nici. Czekając już na peronie poczułem charakterystyczny zapach - ktoś z tłumu czas oczekiwania na pociąg umilał sobie  na zielono ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Sztygar z Lublina przyjechał trzy minuty spóźniony. Do Wrocławia podróż minęła szybko, w międzyczasie zdążyło zajść słońce. We Wrocławiu byliśmy około 16:45. Przez dziesięć minut skład był rozdzielany na wagony zostające we Wrocławiu i jadące do Zielonej Góry. Po drugiej stronie peronu stał regio również do Zielonej Góry, który miał odjechać piętnaście minut po nas, o 17:09. Nie ruszyliśmy planowo o 16:56. Tak długo grzebali się z odczepianiem wagonów, że regio o 17:09 odjechał na Zieloną Górę, a my staliśmy dalej. Po chwili z trzeciego wagonu od lokomotywy kierownik pociągu przeniósł wszystkich, w tym mnie, do pierwszych dwóch wagonów. Trzeci wagon odczepili bo był awaryjny. W dość zwięzłym komunikacie przekazał nam to w przedziale jeden z budowlańców (jechałem z czterema robotnikami ze Śląska) - "Panowie lecimy do pierwszego wagonu, kierownik kazał wyp***dalać, informacja z pierwszej ręki". Wagon trzeci odczepili, przeszliśmy do pierwszego, a po dziesięciu minutach doczepili z powrotem nowy wagon i kazali wracać. Cyrk. Do Zielonej Góry ruszyliśmy o 17:36 z równym 40-minutowym opóźnieniem.
    Do Zielonej Góry koleją przyjeżdżałem już kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy, lecz dopiero drugi raz od strony Wrocławia. Miłośnikom długiej jazdy polecam ten odcinek - 154 kilometry pociąg pokonuje w równe trzy godziny. Średnia prędkość to 50 km/h, jednak przez wiele odcinków skład jedzie z prędkością 20-25 km/h. Normalnie jajo można znieść. Czas jednak minął mi w miarę szybko, bo byłem sam w nowym przedziale i mogłem pisać w spokoju ten tekst. W Zielonej Górze wysiadłem o 20:20. Poszedłem szybko spać, żeby przygotować się do jutrzejszego wyjazdu do Kostrzyna i Gorzowa.

Galeria zdjęć z wyjazdu

 

Część 4/7 - Kostrzyn & Gorzów Wlkp.